fbpx

KOLUMBIA – dziennik pokładowy

Zapis podróży po Kolumbii (9 grudnia 2019 – 2 lutego 2020). Czytaj od dołu strony.

2 lutego 2020

Ostatni dzień w Kolumbii. Straszą nas, że w Ekwadorze drożej i ciężej o części, więc staramy się jak najwięcej ogarnąć. Wieczorem przekraczamy granicę. Wszystko poszło sprawnie, 30 minut przy okienku i mamy TIP (Temporary Import Permit) dla Deliki. Gdy przygotowujemy się na wielkie trzepanie samochodu – jesteśmy na granicy jednego z największych eksporterów narkotyków na świecie – pogranicznik nawet nie prosi nas o paszporty, krzycząc „jedzcie, witamy w Ekwadorze”!

1 lutego 2020

Kontrolki błędu alternatora nadal wariują, więc cały dzień tułamy się po mechanikach. Uff, wygląda na to, że problem rozwiązany. Nocleg nad laguną De La Coche, w towarzystwie miejscowych rybaków. Deszcz, sporo deszczu.

31 stycznia 2020

Na parkingu przy stacji benzynowej spotykamy parę niemieckich surferów podróżujących starym Volksawagenem. Oni także nieopatrznie wjechali na terytorium FARC-u i – co gorsza – zepsuł im się tam samochód! Pomogli kolumbijscy kierowcy, ale przez chwilę też było gorąco.

Odpuszczamy wycieczkę na pustynię Tatacoa – za dużo objazdów, zbyt wiele nieznanych terytoriów do przejechania. Śpimy przy restauracji Eduarda – Kolumbijczyka, którzy nie tylko daje schronienie overlanderom, ale także prowadzi imponujący dziennik spotkań z podróżnikami. Podobno jesteśmy pierwszymi Polakami, których gościł.

30 stycznia 2020

Lekcja na dziś: zwracaj uwagę na przydrożne napisy i sprawdzaj powiadomienia na iOverlander!

Zanim wygramoliliśmy się z hotelu była 12. Cel na dziś: przetrwać do jutra, jak najwięcej pić, przy okazji dojechać jak najbliżej pustyni Tatacoa, leżącej na południowy-wschód od Cali. Szybko okazało się, że nie będzie ani szybko, ani wygodnie – szutrowa droga przeskakująca z górki na górki dała w kość i nam i Delice. Po kilku godzinach przeprawy, na wyjeździe z niepozornie wyglądającego miasteczka zatrzymała nas dwójka nieumundurowanych mężczyzn. Okazało się, że nie możemy jechać dalej, na tym terenie jest niebezpiecznie. Po kilku minutach informacyjnego szumu dowiedzieliśmy się, że jest tu FARC. Po kilkunastu, że właśnie zostaliśmy zatrzymani przez jego członków.

FARC czyli Rewolucyjne Siły Zbrojne Kolumbii, jedna z największych, najbardziej znanych i najbrutalniejszych kolumbijskich partyzantek. Od 2016 roku na mocy porozumienia z rządem FARC nie walczy już o władzę akcjami dywersyjnymi czy szantażami, działa legalnie jako partia polityczna. Partyzanci (w teorii) nie ukrywają się już po lasach, po okresie rozbrojenia i demobilizacji w Kolumbii po kilkudziesięciu latach zapanował pokój.

To oficjalna wersja historii. Okazuje się jednak, że w Kolumbii wciąż istnieją terytoria kontrolowane przez partyzantów i miasteczka, w których wciąż nie ma posterunku policji. Właśnie do takiego miejsca trafiliśmy. I pewnie sytuacja mogła rozwinąć się w zupełnie inną stronę, gdyby nie jeden z członków indiańskiej społeczności, który posprzeczał się chwilę z partyzantami i kazał kierować się do „urzędu miasta”, gdzie mieliśmy dostać pozwolenie na pobyt. Partyzanci, którzy wcześniej znaleźli w naszym samochodzie drona i trochę cennej elektroniki byli niepocieszeni – gdyby zatrzymali nas kilka kilometrów później, bylibyśmy zdani tylko na siebie. Po dwóch godzinach walki z indiańską biurokracją, już wracając w kierunku Cali odetchnęliśmy z ulgą – na przydrożnym znaku ktoś zostawił ostrzeżenie „terytorium FARC-u”. Okazało się, że mieliśmy też wyłączone powiadomienia w aplikacji iOverlander, przez którą szukamy noclegów – nie przedłużając – mogło zrobić się bardzo nieprzyjemnie.

Jakby tego było mało, na desce rozdzielczej wyskoczył nam problem z alternatorem. Może ten dzień jest po to, by nie było gorzej?

29 stycznia 2020

Cali. Jeden nocleg w cywilizacji na podładowanie baterii i rzut oka na trzecie największe miasto Kolumbii. Zaczęło się od strachu – w hotelu leżała w gazeta, a z pierwszej strony walił po oczach nagłówek „Już 4 ofiary epidemii dengi w Cali”. Cztery razy więcej zachorowań niż rok temu o tej samej porze, miasto jest spryskiwane z każdej strony, choć ostatnio liczba zgłoszeń do szpitali nieco wyhamowała. W hotelu pani recepcjonistka stwierdziła, że nic o tym nie wie, więc i my odetchnęliśmy z ulgą. Pamiętajcie – z komarami nie wygracie, przynajmniej w Ameryce Południowej. A jak już z nimi walczyć, to rumem!

28 stycznia 2020

Poprzedniego wieczora odwiedza nas puchacz. Jesteśmy na wysokości prawie 3000 m n.p.m. Rano na chwilę przestaje padać. Szybko się pakujemy i zjeżdżamy do doliny.

Ruszamy na półgodzinny spacer wokół palm woskowych – endemicznego gatunku doliny Cocory. I tak sobie idziemy i idziemy, zwabieni drogowskazem „rezerwat kolibrów”. Spacer zamienia się 12-kilometrowy trekking, z czego dwie godziny cały czas się wspinamy. Kolibrów jest kilka, zwabione są karmnikami, które podwiesili mieszkańcy chatki wysoko w górach.

Są za to kondory! Nie ma natomiast tapirów górskich, pum, niedźwiedzi andyjskich i tukanów, które podobno gdzieś tutaj mieszkają.

Jedziemy do zmroku. Nocleg nad jeziorkiem na północ od Cali.

27 stycznia 2020

Wyjeżdżamy późno, po 14. Kierunek: Valle de Cocora, jedna z największych atrakcji turystycznych tej części Kolumbii. Miasteczko Salento skrojone pod backpackersów – restauracje dla wegetarian, amerykańskie słodycze, rzemieślnicze piwa. Nie stać nas. Jemy prosty obiad, ale jesteśmy szczęśliwi – po wielu dniach przerwy do menu wraca pechuga, czyli grillowany kurczak! A później szukamy drogi, której nie ma, w związku z czym jej nie znajdujemy. Jedziemy więc na około, utwardzoną dróżką w góry. Dolina Cocory jest piękna – wspinamy się w mgle, pojawiają się pierwsze w Kolumbii drzewa iglaste. Miejsce na nocleg cudne – polanka głęboko w lesie. Już się ucieszyliśmy, gdy spadają pierwsze krople. Leje cały wieczór i noc.

26 stycznia 2020

Wciąż hotel w Santa Rosa de Cabal. Pranie, pisanie, montowanie, czyszczenie namiotów, ładowanie. RIP Kobe Bryant.

25 stycznia 2020

Dzień zaczyna się nerwowo. Zimny silnik dusi się, brakuje mocy, ciężko ruszyć z miejsca. Jesteśmy na 4000 m n.p.m., ciśnienie powietrza robi swoje. W końcu udaje nam się wystartować, gdy zjeżdżamy wszystko wraca do normy.

Meldujemy się w hotelu w Santa Rosa de Cabal, czas na pranie, pisanie, montowanie.

24 stycznia 2020

Kolumbia to drugi lub trzeci (co roku walczy z Wietnamem) eksporter kawy na świecie. Hoduje się tu wysokiej jakości arabicę, która rośnie w regionie wymownie nazywanym Zona Cafeteria, do której właśnie wjechaliśmy. W pozostałej części kraju (prawdziwej) kawy pije się bardzo mało, poza sieciówkami Juan Valdes ciężko ją dostać. Wszędzie i za grosze kupicie za to tinto – słaby, mocno słodzony i bardzo tani wyrób kawopodobny, często w smaku bardziej przypominający polską Inkę niż Primę.

Zona Cafeteria (obejmująca departamenty Caldas, Quindío, Risaralda i Tolima) leży wysoko w Andach, droga wije się wzdłuż wzgórz, potem zjeżdża w doliny i tak w kółko. Poważny test dla dwudziestopięcioletniego silnika. W końcu wdrapaliśmy się na 4000 m n.p.m. Na nocleg zatrzymaliśmy się przed bramą parku narodowego Nevado del Ruiz, gdzie można oglądać trzy wulkany (jeden z nich wybuchł w 1985 roku i zabił 20 000 ludzi). Piękny zachód słońca i wieczorne spotkanie z kolumbijsko-amerykańską parą, podróżującą Mitsubishi L300. W nocy temperatura spadła poniżej zera. Jutro hotel, czas naładować baterie.

23 stycznia 2020

Nie działa nam wskaźnik temperatury silnika, a przed nami górzysta (nawet 4000 m n. p. m.) trasa do Cali. Nie możemy sobie pozwolić na ryzyko, wracamy do Bogoty. Na szczęście zdążyliśmy się już zaprzyjaźnić z miejscowym mechanikiem – Eduardo proponuje rozwiązanie i odsyła nas do jednego ze sklepów w „dzielnicy mechaników”. I tu zaczynają się jaja.

Przed przetransportowaniem samochodu z Polski dostaliśmy sporo rad. Do jednej z nich podeszliśmy z wyjątkowym szacunkiem – kupiliśmy najważniejsze zapasowe części (w tym alternator, rozrusznik, drążki kierownicze, uszczelki) i, mimo braku miejsca, upchnęliśmy je w naszej Delice. „Polski rynek naprawy samochodów, to coś czego nie spotkasz nigdzie indziej. Mamy wielką sieć dystrybucji części, Allegro, gdzie kupisz wszystko i mechaników, co potrafią naprawić największy szrot. Skoro nawet w Europie są problemy z częściami, w Ameryce Południowej będzie masakra. Lepiej zróbcie i kupcie na miejscu, co się da, tam na bank będzie problem” – usłyszeliśmy od zaprzyjaźnionego mechanika.

W „dzielnicy mechaników” (podobno jednej z pięciu w Bogocie) spotkaliśmy Kolumbijczyka z niemieckim paszportem, który zainteresował się naszą historią. Przytoczyłem mu powyższy cytat i zapytałem, czy to prawda. „Powiedziałbym, że jest zupełnie odwrotnie. Nasi mechanicy potrafią wszystko, zwróć uwagę, co tu jeździ po drogach. Zresztą chodź, coś ci pokażę” – powiedział Klaus i zabrał nas do sklepu z wielkim logiem Poloneza (ale także Łady i Fiata). Obok można było kupić części do Matiza, Nubiry i Tico. „Jeszcze niedawno było ich tu całkiem sporo, widywałem też Fiaty 125p. Jak widzisz, możesz kupić tu wszystko. A jak nie możesz, to dorobimy. Wiem, co mówię, sam prowadzę tu warsztat”.

Pół godziny później okazało się, że sensor temperatury w naszej Delice (na polskim Allegro nie ma ani jednego) jest już wymieniony i wszystko działa. Możemy jechać w góry!

Aha, naprawiliśmy też drona i nie zawahamy się go użyć.

22 stycznia 2020

Jeszcze kilka luźnych wniosków po wizycie w San Jose del Guaviare i Calamar. Kolumbia jest krajem, którego historia pokazuje, że nie da się żyć w całkowitym oderwaniu od polityki. Przez długie lata, szczególnie poza wielkimi ośrodkami miejskimi, zależność była tu bardzo prosta – nie rozumiesz, nie przeżyjesz. Musisz wiedzieć, kto sprzymierzył się z kim, kto kogo zdradził, kto teraz trzyma władzę. W społecznościach, w których nie obowiązywało uniwersalne prawo (stanowiły je rządzące w danym czasie bojówki – kto wygrał wczorajszą bitwę, przejmował władzę w mieście) najmniejszy błąd, plotka, złośliwość w kierunku sąsiada czy niezrozumienie sytuacji mogły kosztować życie lub życia (rodziny, dzieci). Trudno to sobie wyobrazić z perspektywy zmęczonego poziomem debaty publicznej Europejczyka, który w ostatnich latach wolał nie wiedzieć i mógł pozwolić sobie na komfort powiedzenia „mnie to nie obchodzi”.

***

Tego dnia byliśmy trzy razy zatrzymywani i przeszukiwani przez policję na trasie do Bogoty (gdzie trwają protesty). Gdy zatrzymaliśmy się na nocleg w miejscu, które znamy sprzed tygodnia, przyjechał czwarty tego dnia patrol. Latarki, pobudka, pytania. Podobno rozbiliśmy się na prywatnej własności. O 6 rano znikamy, panie władzo.

21 stycznia 2020

To nie jest miejsce na dyskusję, który język powinien być uniwersalnym językiem wszystkich ludzi, ale… Jeśli byłbym Kolumbijczykiem, postawiłbym na naukę angielskiego. Być może to żyła złota, którego tak wielu tu szuka. Bardzo mało miejscowych zna choćby podstawy tego języka, a wydaje się, że potencjalnych klientów (turystów) w najbliższym czasie może tylko przybywać. A tłumaczyć nie ma komu!

Po nocy na sawannie pod San Jose del Guaviare spotykamy się z Wilfferem i Carlosem – miejscowymi nauczycielami angielskiego i francuskiego („dzieciaki nie chcą się uczyć innych języków, uważają, że hiszpański wystarczy”), którzy mają nas zabrać do obozu Indian Nukak. Po krótkich negocjacjach Wilfferowi udaje się stargować (zaporową) cenę rzuconą przez wodza, zwanego tu kapitanem, a my godzimy się zapłacić czterokrotnie mniej niż wynosiła początkowa stawka. Indianie, którzy 15 lat temu zostali wypchnięci z selwy przez FARC żyją w obozie przejściowym. Warunki są trudne, brakuje ubrań i jedzenia. Jak wyglądało ich zderzenie z naszą cywilizacją? Przekonacie się już niebawem.

Po rozmowie z Nukakami Wilffer i Carlos zapraszają nas na obiad. San Jose del Guaviare opuszczamy zadowoleni i uśmiechnięci. Kierunek: Bogota!

20 stycznia 2020

Tu, gdzie kiedyś była dżungla, dziś pasą się krowy. Jeden z widoków, które na długo zapadają w pamięci. Przerażające i nie do zatrzymania. Co sekundę na świecie wycina się 4000 metrów kwadratowych lasu deszczowego, żeby hodować bydło oraz rośliny na paszę. To obszar wielkości jednego boiska piłkarskiego (dane za dokumentem Cowspiracy). Te same krowy telepią się potem w bydłowozach jadących na rzeź wyboistą drogą w kierunku Calamar, miasta na końcu świata. Kolejna klatka wyryta w pamięci na lata.



Droga do Calamar. Tu kiedyś rosła dżungla

Wydawało się, że szybko będziemy musieli uciekać z Calamar. Od razu po wjechaniu do miasta zatrzymała nas policja, twierdząca, że wciąż jest tu niebezpiecznie, a w pobliskim lesie nadal chowają się pozostałości FARC-u. Wtedy pojawił się don Rafael (po latach wycinania drzew dziś chce je sadzić), który pojechał rowerem po Lorenę (nauczycielkę angielskiego bez której nic byśmy nie zrozumieli), po chwili dosiadł się do nas Samuel (polował na Jaguary w Chiribiquete) i Alicides (miejscowy nauczyciel historii). Mnóstwo ciekawych historii, usłyszanych zupełnie przypadkiem, które już niebawem wam opowiemy.

Don Rafael i Lorena w Calamar – miasteczku na końcu świata.

Naszych humorów nie umiała popsuć nawet policja, szukająca narkotyków (lub taniego zarobku) przy wyjeździe z Calamar. Dlaczego robią to zawsze, gdy spieszymy się, by zdążyć rozbić namioty przed zapadającym zmrokiem?

19 stycznia 2020

Nocna ulewa przedwcześnie wyciąga nas z namiotów. Wszystko jest mokre i w błocie. Rano podjeżdża gospodarz z informacją, że zaraz wezwie policję. Zaraz po nim wita nas Jose przepraszający za poprzednika – jednak wszystko jest w porządku. Oglądamy liczące ponad 7 tysięcy lat malowidła naskalne (pinturas rupestre) blisko San Jose del Guaviare i kierujemy się na Calamar – ostatnie miasto na drodze przed selwą i parkiem narodowym Chiribiquete.


18 stycznia 2020

W San Jose del Guaviare nie jest łatwo o anglojęzycznego przewodnika, który zna historię tego terenu. Interesuje nas wszystko związane z IndianamiNukak, ostatnimi nomadami Amazonii, którzy kilkanaście lat temu opuścili pobliską selwę i pierwszy raz zobaczyli naszą cywilizację. Nie jest łatwo, a tym bardziej tanio. Jutro na malowidła.

17 stycznia 2020

Kilkukilometrowe, gęsto pościelone tunele, wiadukty wijące się kilkadziesiąt metrów nad ziemią – droga na południe w kierunku San Jose del Guaviare robi duże wrażenie. Jeszcze większym zaskoczeniem są opłaty drogowe, które musimy zapłacić za podziwianie geniuszu kolumbijskich inżynierów. Po kilku godzinach wspinania lądujemy nad laguną Lomalinda, która automatycznie wskakuje na podium w rankingu kolumbijskich miejscówek do spania.

16 stycznia 2020

Mimo braku obu stabilizatorów decydujemy, że próbujemy dojechać drogą najbliżej Amazonii, jak się da. Cel podstawowy: San Jose del Guaviare, a jeśli się da Calamar – ostatnie miasto, do którego możemy dotrzeć samochodem. Wcześniej musimy wrócić do Bogoty po części, które zostawiliśmy u mechanika. Znowu pokonują nas stołeczne korki, znowu szukamy miejsca do spania po zmroku.


15 stycznia 2020

W Zipaquirze, dawnej stolicy Kolumbii, mieszkają Sylwia i Nilson, polsko-kolumbijskie małżeństwo, z którym spędzamy przyjemne popołudnie. Tak przyjemne, że nie zauważamy kiedy robi się ciemno, więc znowu korzystamy z gościnności Najświętszej Panienki z nad Guatavity. W rankingu miejscówek do spania na razie mocne top 3.



14 stycznia 2020

Całodniowe poszukiwania butli gazowej i kuchenki z odpowiednim adapterem zakończone sukcesem. Delica powoli zamienia się amfibię – złamaliśmy łącznik przedniego stabilizatora, tylnego także już nie mamy – samochód przy większej prędkości buja się jak na morzu. Czas zwolnić. Nocleg znajdujemy już po zmroku, nad jeziorem Guatavita, pod kapliczką z Najświętszą Panienką. Podobno może być tu skarb El Dorado, ale to sprawdzimy już jutro.

13 stycznia 2020

Czego się dziś dowiedzieliśmy:

  1. System końcówek butli gazowych i adapterów do nich – różnych w różnych krajach – totalny absurd
  2. Liga kolumbijska w piłkę nożną wygląda na słabszą nawet od Ekstraklasy
  3. Changua – jedno z tradycyjnych kolumbijskich śniadań, a w właściwie zupa mleczna. Pływa w niej słodka bułka, ścięte jajko i sporo kolendry. Dziwne, ale zjadliwe

12 stycznia 2020

Dzień nic nie znaczących porażek. Największa: pojechaliśmy na drugi koniec miasta gdzie podczas organizowanego przez ESPN turnieju reklamowanego „Todos contra todos” (każdy na każdego) miał odbyć się mecz piłkarski. Gospodarz – Milionerzy z Bogoty – podejmował mistrza kraju Amerikę Cali. Wszystko dziś działo się z opóźnieniem, a pod stadionem, niespodziewanie, tłumy. Po 30 minutach w kolejce, gdy byliśmy już tuż przed kasą, skończyły się bilety. Daliśmy sobie karę, powrót do domu z buta

11 stycznia 2020

Przed wyjazdem część z nas nieśmiało przebąkiwała o ograniczeniu mięsa w swojej diecie. Wiecie, Ameryka Południowa, świeże warzywa, owoce, tanio i zdrowo, przecież gotując samemu w takich warunkach to bułka z masłem! Czas na rzeczywistość: przez pierwsze 32 dni pobytu w Kolumbii zjedliśmy więcej mięsa niż przez ostatnie miesiące w Polsce. Inaczej się nie da. Na śniadanie, obiad, kolację. W zupie, drożdżówce, pierogach. Kurczak, to przede wszystkim, nawet stawiają mu pomniki. Wołowina i wieprzowina także, choć rzadziej. Wielkie kawały mięsa zakrywające 3/4 talerza kosztują grosze, jedzą je wszyscy, od małego. Zjeść coś bezmięsnego w knajpie poza wielkimi miastami to jak znaleźć dużą butelkę wody z lodówki – prawie niewykonalne.

Dziś nasz pierwszy w pełni bezmięsny dzień. W Bogocie napatoczyła się knajpa Hare Kryszna, skorzystaliśmy. W poniedziałek jedziemy polować na butlę gazową i osprzęt do niej, czas zacząć decydować, co jemy.

Pomnik kury w miejscowości Chimicagua

10 stycznia 2020

Wiecie, że Kolumbia to jedna ze stolic turystyki dentystycznej i estetycznej? Klienci z USA i Europy Zachodniej przylatują tu na kilkutygodniowe urlopy, których plany układają im kliniki (pomiędzy borowaniem hotel, wycieczki i imprezy). Dla Amerykanów to spora oszczędność, a Kolumbia korzysta i się tym szczyci. Dzień ogarniania – dentysta, fryzjer, zakupy, pranie, montowanie, suszenie. Przy okazji dużo kilometrów na nogach po Bogocie. A wieczorem bailando, za pierwszy piątek tygodnia.

Bogotański poranek. Z prawej strony autobusy Transmilenium, pełniące w stolicy funkcję metra.

9 stycznia 2020

Meldujemy się w parszywym, ale przeraźliwie tanim hotelu na candelari i odstawiamy samochód do mechanika (przegląd, wymiana korka i filtra paliwa). Stolica wita nas piękną pogodą. Jak twierdzą mieszkańcy, jest zbyt ciepło jak na Bogotę.

8 stycznia 2020

Pod Bogotą leży Madryt i to właśnie w tych okolicach przychodzi nam świętować pierwszą miesięcznicę wyjazdu. Świętowanie tradycyjnie zakłócają komary i – uwaga – temperatura! Wczoraj zasypialiśmy przy +25 stopniach, dziś jest w okolicach 0. Andy. Jutro leżąca na 2600 m n.p.m. Bogota.

Zimny poranek nieopodal Madrytu

7 stycznia 2020

Mały wyciek oleju spod korka zaczyna coraz bardziej dawać się we znaki, więc rezygnujemy z wyprawy w góry na północ od Bogoty. Nocleg pod mostem, gdzieś na trasie do stolicy. Mnóstwo komarów. Za dużo. Czy ktoś mógłby w końcu je wyłączyć z naszych wieczorów?

6 stycznia 2020

Hacienda de Napoles, legendarna twierdza Pablo Escobara leżąca w miejscowości Doradal, mniej więcej w połowie drogi z Medellin do Bogoty. Mieliśmy wątpliwości czy płacić grubą, jak dla nas, kasę za spacer po wielkim parku rozrywki, ale wygrała reporterska ciekawość. 20 kilometrów kwadratowych, a na nich hipopotamy, słonie, lwy, tygrysy, motyle, węże, flamingi, afrykanarium, park rozrywki i wielki aquapark. A na samym końcu małe muzeum-memoriał, a w nim dużo krwi i mocnych słów-rozliczeń. Tak Kolumbia poradziła sobie z trudną historią tego miejsca.

Doradal. Nadgryzione zębem czasu samochody Pablo Escobara, gdzieś między tuzinami egzotycznych zwierząt. Tyle zostało ze słynnej Hacienda de Napoles.

5 stycznia 2020

„Congratulations!” – krzyczą do nas Kolumbijczycy na trasie, gdy naszym łamanym hiszpańskim próbujemy wytłumaczyć im, że przetransportowaliśmy Delikę do Kolumbii, żeby przejechać nią Amerykę Południową. Gdyby tylko wiedzieli jaka jest prawda… Rano próba podejścia pod słynną górę w Guatape (przegraliśmy z tłumami), mała awaria (złamany tylny stabilizator, nic wielkiego) i cały dzień w trasie w kierunku Doradal. Nocleg na gruzowisku. Jutro jedziemy do Pabla.

4 stycznia 2020

Bigos i schabowy w Medellin? A co powiecie na polskie pierogi, gołąbki, gulasz i kompot? Wyjeżdżając ze stolicy Antioqui wstąpiliśmy do przestrzeni coworkingowej Maćka, który do Kolumbii przeprowadził się pół roku temu i próbuje rozkręcić tu swój biznes. Oprócz tego dorabia, oprowadzając przyjezdnych po mieście. Na początku grudnia Maćka odwiedził raper Popek, by w Comuna 13 nakręcić teledysk do utworu Polombia, w którym razem z czeską piosenkarką (czegoś nie rozumiecie?) rapuje o przyjaźni polsko-kolumbijskiej koksie. Popek spędził u Maćka w domu cały tydzień. – W tym, o czym rapuje jest bardzo autentyczny, czegoś takiego jeszcze nie widziałem, choć lubię się bawić. Mało kto wytrzyma jego tempo – śmieje się gospodarz. Żegnamy się z polsko-kolumbijską ekipą w Medellin. Przed nami dwie godziny w korku do miejscowości z wielką skałą po środku i nocleg w okolicach Guatape.

3 stycznia 2020

„Welcome to hell” – usłyszeliśmy wieczorem na Plaza de Botero od lokalsów natarczywie próbujących opchnąć nam, to co w Kolumbii opycha się gringos. Dzień zaczął się wyjątkowo – od bigosu i schabowych. Na pyszny polski obiad do mieszkania na przedmieściach Medellin zaprosiła nas Kinga – białostoczanka mieszkająca od pół roku w Kolumbii. Wielkie dzięki za pranie, kąpiel w basenie i ciekawą rozmowę. Wieczorem spotkanie z Larrym i włóczenie się po candelari. Po lokalnej dawce inspiracji lekko przestraszony zastaną w centrum miasta rzeczywistością Larry został wsadzony do taksówki i bezpiecznie odeskortowany do domu. Witajcie w piekle!

Wieczorna panorama Medellin. Miasto z każdej strony otoczone jest wzgórzami, na których po horyzont rozciągają się barrios – dzielnice zamieszkiwane przez najbiedniejszych.

2 stycznia 2020

Objazdówka po Medellin z Juanem – Kolumbijczykiem, który wiele w życiu widział i przeszedł. Juan pokazał nam dach budynku, na którym policja zastrzeliła Pablo Escobara, Comunę 13 – niegdyś najniebezpieczniejszą dzielnicę świata, dziś turystyczne centrum Medellin oraz zarysował historię miasta. Skończyliśmy w jego restauracji, jedząc owoce morza i słuchając o wyprawach do Chiribiquete.

Jedna z szesnastu komun Medellin – Comuna 13. Kiedyś najbardziej niebezpieczna dzielnica świata, dziś na wskroś turystyczne miejsce, pełne turystów i youtuberów.

1 stycznia 2020

Puste ulice Medellin, puste głowy po wczorajszej zabawie. Bardzo chcieliśmy na pizzę, ale znaleźliśmy tylko hamburgery. Najgorsze w mieście. Ładujemy baterie.

31 grudnia 2019

Jak się okazuje, Kolumbijczycy nie mają w zwyczaju hucznie świętować Nowego Roku, robią to w gronie najbliższych, w domach, restauracjach, hotelach. Na ulicach Medellin więcej ludzi spotkaliśmy w okolicach południa. Sylwester to jednak Sylwester, więc po kilku dniach w trasie otrzepaliśmy się w hotelu i (w koszulach!) ruszyliśmy na podbój dzielnicy El Poblado, historycznego centrum miasta, pełnego drogich knajp i szukających wrażeń turystów. A tam dzień jak co dzień. Prawie przegapiliśmy północ – nie było jej widać ani na niebie, ani na ulicach. Ciężko sądzić, że to przez szacunek do psów, które są tu raczej kopane i przeganiane. To był trudny rok, pora odespać. Szczęśliwego!

30 grudnia 2019

Wjechaliśmy do Antioqui, centralnego i jednego z najważniejszych departamentów Kolumbii. Nocleg w górach, 100 kilometrów przed Medellin. Cieszy nas mgła i wieczorny chłód i, co się z tym wiąże, mniej komarów. Backpakerzy podróżujący po Ameryce Południowej piszą, że po kilku miesiącach stosowania repelentów same dają sobie siana.

Samotność reportera

29 grudnia 2020

Cały dzień w trasie, żeby zdążyć na sylwestra do Medellin. Rzutem na taśmę znaleźliśmy miejsce do spania, nad jeziorem, prawdopodobnie na terenie elektrowni wodnej. Zmienia się nie tylko krajobraz, ale też pogoda – coraz częściej przychodzi nam się mierzyć z deszczem i wolno schnącymi namiotami.

28 grudnia 2019

Delika została pochwalona, także, jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, następny dzień zaczynamy od awarii. Na szczęście drobnej – zepsuł się mechanizm zamykania tylnej klapy bagażnika. Mechanik z Cepity więcej popsuł niż naprawił, więc ruszyliśmy szukać poważniejszego warsztatu. Ostatecznie udało się naprawić usterkę w miejscowości San Gil. Cena? 10 zł.

Delika z przywiązanym na sznurku bagażnikiem pozująca na tle panoramy kanionu Chicamocha

27 grudnia 2019

Trasa przez Chicamocha – drugi najgłębszy kanion świata (po Colce w Peru) – to jedna z najlepszych decyzji ostatnich dni. Widoki zapierające dech i nocleg w miasteczku Cepita, na dnie kanionu. No i trzeba pochwalić Delikę – wciąż jest bardzo dzielna!

23-26 grudnia 2019

Święta w Bucaramandze. Miał być ładny apartament, jest dwudziestometrowa klitka na dwie osoby. Ładowanie baterii (dosłownie i w przenośni), sporo gotowania i jedzenia, nadrabianie internetowych zaległości. Tego nam było trzeba, ale już wystarczy.

22 grudnia 2019

Bolo, kolumbijska gra barowa, podobna do kręgli, ale trudniejsza. W małej miejscowości na końcu świata dobzi ludzie bawią się i śmieją do późna. Chyba nie mają wiele, ale bardzo chcą się z nami podzielić. Piękny wieczór, piękna Kolumbia.

21 grudnia 2019

Komar, z nim nie wygrasz. Nie ma dla nas ratunku, nie ma nadziei. Dlaczego gryzą tylko nas, a Kolumbijczyków nie?

20 grudnia 2019

Warte odnotowania – pierwszy samodzielnie znaleziony nocleg, bez pomocy aplikacji czy innych naprowadzaczy. Góry, trochę za Mincą. Tęskniliśmy za wieczornym chłodem.

19 grudnia 2019

Po długich negocjacjach – święta w Bucaramandze, a nie w Valledupar. Trzy dni z prądem, bieżącą wodą, gazem i internetem. Święta w Bucaramandze, święta w Bucaramandze.

18 grudnia 2019
Pierwszy tydzień w drodze za nami. Jedziemy na wschód, wzdłuż wybrzeża Morza Karabiskiego, nigdzie się nie spiesząc. Szukamy dzikich plaż i cienia, rozkoszujemy się świeżymi rybami i zimnym chmielem. To największa zaleta kolumbijskiego piwa – jest zimne. Bez niego nie da się tu przeżyć dnia – na zewnątrz jest grubo ponad 30 stopni, w samochodzie (oczywiście bez klimatyzacji) trochę więcej. Za nami całodniowy trekking po Narodowym Parku Tayrona i kilka off-roadów. Delika na razie opiera się upałom i to najważniejsze.

Jedna z zatoczek na karaibskim wybrzeżu Kolumbii

11 grudnia 2019
Delika na wolności! Po opuszczeniu kontenera trochę popiszczała, trochę pozgrzytała, ale po kolumbijskich drogach jeżdżą takie rzęchy, że inspektor nawet nie mrugnął. Spodziewaliśmy się dużo trudniejszej przeprawy, kontrola stanu technicznego samochodu ograniczyła się do sprawdzenia poprawności VINu wbitego pod maską z tym w dokumentach. A to akurat się zgadzało. Możemy jechać dalej!

10 grudnia 2019
Delika już w porcie w Cartagenie. Spotykamy się z miejscowym agentem, który ma nam pomóc z formalnościami.

9 grudnia 2019
Lądujemy w Cartagenie. Przed nami kilka dni formalności związanych z wydostaniem Deliki z portu. Są podstawy do lekkich nerwów, ale musi się udać!