fbpx

EKWADOR – dziennik pokładowy

Zapis podróży po Ekwadorze (2 lutego 2020 – 29 lutego 2020). Czytaj od dołu strony.

28 lutego 2020

Na granicy zameldowaliśmy się stosunkowo wcześnie, około 10. Tłumy ludzi, zamieszanie, urzędnicy w maseczkach, dwie panie w migracion. Po trzech godzinach w kolejce udało się dostać pieczątki, jeszcze tylko godzina załatwiania Temporary Import Permit dla Deliki i będziemy mogli wjechać do Peru. Znowu nikt nas nie przeszukiwał, tym razem dzięki Robertowi Lewandowskiemu, którego nazwisko zaczęli krzyczeć celnicy, po tym jak zobaczyli polskie blachy.

27 lutego 2020

Uff, tym razem Delica odpaliła sama, możemy jechać dalej. Dron naprawiony, kierunek Guayaquil, potem cały dzień w trasie, by dotrzeć jak najbliżej granicy z Peru. Czas żegnać się z Ekwadorem, przed nami ostatni nocleg na terenie jednego z przygranicznych parków. Komary, za dużo komarów.

26 lutego 2020

Dzień zaczął się od wspólnego śniadania z Francuzami i (kto by się spodziewał…) kabli rozruchowych. Ten moment, gdy dwa razy mniejsze i o 10 lat starsze Renault Master ładuje naszą dostojną Delikę… Chyba czas w końcu szarpnąć się na nowy akumulator.

W Guayaquil na szczęście skończył się karnawał, a nam szybko udało się naprawić laptopa. Z naprawą drona nie powinno być problemu, jutro ma być gotowy. Jeszcze tylko Liga Mistrzów i możemy wracać do Engabao, na plażę. Francuzi się zmyli, znowu mamy ją całą tylko dla siebie.

25 lutego 2020

Rytm dnia w Engabao wygląda codziennie dokładnie tak, jak go sobie wyobrażacie: słońce wschodzi o szóstej, o ósmej do pracy wypływają rybacy i jest to widok bardzo efektowny – nagle na oceanie pojawia się kilkadziesiąt zdobionych motorówek, ścigających się ze sobą nim znikną za horyzontem. Surferzy są nieco bardziej leniwi, zmagania z falami zaczynają około 10-11. Około 13 z porannymi połowami wracają rybacy, a surferzy wracają do swoich hosteli na zasłużony posiłek. A potem, z powrotem: surferzy na fale, rybacy do motorówek. Wszystkiemu przyglądają się mewy i pelikany latające nisko nad oceanem w poszukiwaniu zdobyczy (niezależenie od pory dnia). Po 18 ocean robi się najpierw żółty, potem czerwony, a słońce gaśnie za latarnią morską. Na plaży są wtedy wszyscy – rybacy, surferzy, dzieci, turyści i psy polujące na rybie pozostałości.

Oprócz udokumentowania tego niespiesznego rytmu dnia, udało się nam jeszcze oglądnąć mecz Ligi Mistrzów (Chelsea – Bayern) i poznać parę sympatycznych Francuzów, podróżujących po Ameryce Południowej kupionym w Kolumbii Renault Master. Jest też Czech i kilku innych Europejczyków, którzy w Ekwadorze trenują jogę i surfing. Fajne miejsce.

24 lutego 2020

Całą noc lało i leje nadal, tak jak potrafi lać tylko w tropikach. Namioty do wysuszenia, ale tym będziemy martwić się wieczorem. Gorzej, że w Guayaquil jest karnawał i miasto wygląda jak Warszawa podczas świąt – ludzie się pochowali (wyjechali?), sklepy zamknięte i nic dziś nie załatwimy. Jedziemy szukać miejscówki na plaży, wrócimy w środę, gdy otworzą się serwisy.

Wylądowaliśmy na plaży w Engabao, małej rybackiej wiosce nad Pacyfikiem. Jest tu latarnia morska, sporo rybaków, wielkie fale (a co za tym idzie surferzy) i mnóstwo krabów. Namioty rozbite dziesięć metrów od oceanu. Idealnie.

23 lutego 2020

Nadal Cuenca. Jakby nieszczęść było mało, psuje się także laptop, na którym montujemy filmy i trzymamy nagrane materiały, więc sytuacja i nastroje są kryzysowe. Jest niedziela, w poniedziałek chcemy dojechać do Guayaquil i znaleźć serwisy. Cały dzień w trasie przez Andy, Delica dostaje mocno w kość, wjeżdżamy na ponad 4000 metrów. Nocleg na parnych równinach kilkadziesiąt kilometrów przed wybrzeżem.

22 lutego 2020

Cuenca. Po tygodniu na plaży psuje nam się dron. To bardzo zła wiadomość – mieliśmy jechać w kierunku dżungli i spotkać się z polskimi misjonarzami, musimy wracać na wybrzeże do Guayaquil, największego miasta Ekwadoru, by spróbować naprawić sprzęt (następny serwis Dji dopiero w Limie). Acha, taki sam karnawał jak w Cuence, jest w Polsce w każdy piątek i sobotę.

21 lutego 2020

W pobliżu Cuenki leży miejscowość Cojitambo, nad którą góruje wielka, pionowa skała. Co najfajniejsze, niemal na sam szczyt da się wjechać samochodem. Mało? Na jednym z wierzchołków jest spore wypłaszczenie i darmowe pole namiotowe z widokiem 360 stopni na okoliczne doliny.

Spędziliśmy tu dwie noce, chętnie posiedzielibyśmy jeszcze kilka dni, ale trzeba jechać dalej. Czas zobaczyć, jak Ekwadorczycy świętują karnawał!

20 lutego 2020

Za nami zimna i wietrzna noc na dużej wysokości. Chimborazo rano na chwilę odsłonił swoje oblicze, by za chwilę momentalnie schować się za chmurami – nawet nie udało się zrobić time-lapsa. Jakby tego było mało, znowu wyładował się akumulator. Po 30 minutach łapania pomocy przy drodze w końcu ktoś się nad nami zlitował. Plus do plusa, minus do minusa – jest! – silnik odpalił, żyjemy. Zimno, trzeba zjeżdżać. Mimo wszystkich problemów, było warto!

Zmienna pogoda pod szczytem wulkanu Chimborazo

Zanim pożegnamy się z Ekwadorem, chcemy spróbować dojechać do selwy, gdzie stacjonują polscy misjonarze, po drodze zahaczając o leżącą na południu Quencę.

19 lutego 2020

Mamy wrażenie, że od kilku dni ciągle jedziemy w chmurze i sporo nas przez to omija. Postanawiamy, że za wszelką cenę chcemy zobaczyć Chimborazo – wygasły wulkan, najwyższy szczyt Ekwadoru (6263 m n.p.m.) i najbliższy słońca punkt na Ziemi. Zaraz, zaraz, dlaczego nie Mount Everest? Przez ruch obrotowy Ziemi i jej spłaszczenie na biegunach – tereny położone w pobliżu równika są jednocześnie terenami położonymi najdalej od środka Ziemi.

Efektowna czapa lodowa wulkanu Chimborazo

Pogoda zlitowała się po 17 – chmury (prawie całkowicie) zniknęły i odsłoniły lodową czapę Chimborazo. Potraktowaliśmy to jak znak. Delika wgramoliła się na 4300 m n.p.m. Oby rano widok był jeszcze lepszy.

18 lutego 2020

Harry odstawiony na lotnisko (chlip), my jedziemy dalej. Tym razem biwakujemy na 4000 metrów, w pobliżu parku archologicznego Cochasqui, z pięknym widokiem na Quito. W międzyczasie Atletico pokonało Liverpool, a Borussia PSG.

17 lutego 2020

Dzień zaczęliśmy z wysokiego C. Na powyższym obrazku szakszuka i kanapki z guacamole, czyli ostatnie biwakowe śniadanie Harrego w Ekwadorze. Zaraz po tym ruszyliśmy w kierunku Quito, po drodze przejeżdżając przez równik. Czas na pamiątkowe zakupy i pożegnalny wieczór w Ekwadorze. Bez odbioru!

16 lutego 2020

Nie mamy szczęścia do pogody – miał być przyjemny trekking między lagunami parku Cayambe Coca (4000 m n.p.m.), niestety znowu usiadła na nas wielka chmura. Niepowodzenie odbiliśmy sobie w okolicznych termach. Nocleg 50 kilometrów przed Quito, jutro stolica.

15 lutego 2020

Ekwador leży w strefie równikowej i jest naszpikowany wulkanami. Z Tungurahuą (5023 m n.p.m.) nie ma żartów – do groźnych erupcji dochodziło tu nie tak dawno temu – w 2006, 2008 i dwukrotnie w 2010 roku. Wulkan postraszył
okolicznych mieszkańców także w 2012, 2013, 2018 i 2019 roku. W Banos na każdym kroku spotykamy loga firm z czerwoną, żarząca się czapą wulkanu.

Plan był taki – podjechać Deliką jak najbliżej bazy i zobaczyć to monstrum z bliska. Niestety pokonała nas pogoda – Tungurahua utonęła w wielkiej chmurze, trzeba było się wycofać. Musimy wracać w kierunku Quito – Harremu zostały trzy dni w Ekwadorze, chcemy znaleźć jakiś rekreacyjny trekking w parku Cayambe. Śpimy pod termami, na wysokości 3500 m n.p.m.

14 lutego 2020

Tak turystycznego miejsca jak Baños nie odwiedzieliśmy w całej Kolumbii. Dookoła wodospady, rafting, tyrolki, gorące źródła, wulkan, trasy trekkingowe. Każdy chce sprzedać wycieczkę, wypożyczyć rower, podwieźć terenówką jak najbliżej szlaku. Jest tylko jeden problem, miejscowość jest turystyczna, brakuje turystów. Ekwador.

Gracias, seniores. Nie po to taszczyliśmy tu z Europy Delikę, żeby jeździć wypożyczonymi terenówkami. Najpierw wybraliśmy się na diabelski wodospad (Pailon de Diablo), a następnie wymoczyliśmy kości w termach. Na kolację walentynkową w tym roku falafel i zimny Club. Z pozdrowieniami!

13 lutego 2020

W Kolumbii przyzwyczailiśmy się do zaskakujących nazw miejscowości. Przejeżdżaliśmy m.in. przez San Francisco, Los Angeles, Berlin, Armenię, Jerozolimę, Hondę, a nawet polsko brzmiące Zawady. „Baños” to po hiszpańsku łazienka/ubikacja/kibelek. Tak też nazywa się turystyczna miejscowość leżąca w środkowym Ekwadorze, do której właśnie zmierzamy.

Policjant na wylotówce z Quito lekko się zdziwił, słysząc że kierujemy się w stronę kibelka. Szybko dodaliśmy, że chodzi o „Baños de Agua Santa” i wszystko było jasne. Do celu dotarliśmy już po zmroku, Delica została na campingu, a my ruszyliśmy na wstępny rekonesans miasta, nad którym dumnie góruje wulkan Tungurahua.

wulkan Tungurahua

12 lutego 2020

Koniec tego dobrego, jedziemy dalej. Po dwóch dniach stójki wyładował się akumulator, więc z Portete wyjeżdżamy dopiero o 15. Cały dzień w trasie w kierunku Quito, nocleg „w gruzji” (tak nazywamy gruzowiska), pod wulkanem Cotopaxi.

10-11 lutego 2020

Dwa dni odpoczynku na Portete. Książki, muzyka, owoce morza, zimne piwo, reset głowy. Tego nam było trzeba.

9 lutego 2020

Tuż przy Mompiche leży wyspa Portete – żeby się na nią dostać trzeba zostawić samochód na parkingu i wsiąść na motorówkę. Właśnie takiego miejsca szukamy – chcemy odpocząć od Deliki, przemieszczania się i pochillować na plaży. Na wyspie spotykamy Dennisa – Ekwadorczyka z amerykańskimi korzeniami, który oferuje nam swój domek pod wynajem. Sto metrów do oceanu, ekspres do kawy, wiatrak, moskitiera – długo nie trzeba nas przekonywać. Umawiamy się z Dennisem na jutro, przed nami jeszcze jeden nocleg na dziko.

Znowu śpimy blisko plaży, w dość ukrytym miejscu, na górce. Około 23 słyszymy podjeżdżający samochód, okazuje się że to policjant. Oddychamy z ulgą, gdy okazuje się, że nie chce nas stąd wygonić, po prostu tu parkuje. Jest 23, znika na dwie godziny, wraca, odjeżdża. Dziwna sytuacja.

8 lutego 2020

Noclegi na dziko dla ludzi, którzy zrobili sobie dom z samochodu to największe błogosławieństwo (jeśli sami tego chcieli), ale też przekleństwo. Największym problemem na dłuższą metę jest to, że po zaparkowaniu i rozbiciu obozu nie można się już nigdzie ruszyć, trzeba pilnować dobytku. Często jesteśmy tak daleko od cywilizacji, że nie ma nawet takiej możliwości. Dlatego od czasu do czasu, szczególnie w okolicach turystycznych miejsc, decydujemy się na kempingi.

W Mompiche, gdzie znaleźliśmy tanie miejsce, spotkaliśmy Niemców poznanych w Kolumbii. Okazuje się, że mają kolejne problemy z samochodem, tym razem czeka ich wymiana alternatora. Na szczęście to surferzy, więc przymusowa przerwa bardziej wygania ich do wody, niż dołuje. A ekwadorskie wybrzeże Pacyfiku to idealne warunki do surfowania.

Cieszymy się z chwili relaksu i jemy pyszne owoce morza.

7 lutego 2020

Wieczorem rzutem na taśmę udało nam się znaleźć idealny nocleg – właściciel szkółki piłkarskiej udostępnił nam ogród swojego przyjaciela (z dostępem do przydomowej infrastruktury), więc dzień zaczęliśmy od królewskiego śniadania. W okolicach 13 jesteśmy już nad oceanem, gdzie przy plaży szybko znajdujemy miejsce na kolejny biwak. Niestety miejscowi twierdzą, że nie jest tu bezpiecznie, więc już po zmroku musimy się ewakuować i szukać kolejnej miejscówki.

Pierwszy raz nad Pacyfikiem

6 lutego 2020

Quito, o którym przed przyjazdem do Ewadoru nie wiedzieliśmy nic, jest naprawdę urokliwe! Miasto leży na zboczach dwóch wzgórz – jedno to wciąż aktywny wulkan Pichincha – i ciągnie się przez kilkadziesiąt kilometrów doliny. Co ciekawe, nie jest to nawet największy ośrodek w Ekwadorze (wygrywa z nim nadmorskie Guayaquil), za to spośród wszystkich światowych stolic, leży najbliżej równika (40 km). Jest też drugą najwyżej położoną stolicą na świecie – 2800 m n.p.m. (tu wygrywa boliwijskie La Paz, 3600 m n.p.m.). Na ulicach na pierwszy rzut oka widać różnicę mentalności w porównaniu z dynamiczną i roztańczoną Kolumbią – ludzie są spokojni, nigdzie się nie spieszą, a wieczorami ulice są puste.

Czas uciekać na wybrzeże, jeszcze tu wrócimy.

5 lutego 2020

Pierwszy gość na pokładzie! Po długiej i obfitującej w przygody podróży dołączył do nas Harry, który będzie z nami podróżował po Ekwadorze przez następne 2 tygodnie.

Pierwszy gość na pokładzie! W tle lotnisko pod Quito

4 lutego 2020

Dzień zaczyna się od ataku lokalnych dzieciaków, które postanowiły postrzelać w nas pianą – zbliża się karnawał, trzeba trenować. Znowu nie zamyka się bagażnik, ale szybko udaje się rozwiązać problem. Jutro ląduje u nas pierwszy gość, więc kierujemy się w stronę Quito. Sprzątamy Delikę i meldujemy się w tanim hotelu w pobliżu starego miasta.

3 lutego 2020

Pierwszy pełny dzień w Ekwadorze. Wiecie, że obowiązującą walutą są tu amerykańskie dolary? Normalnie z banknotu lampi się na was Jurek Waszyngton. Jest też dużo drożej niż w Kolumbii, ceny w marketach nas momentami szokują.

Obiad w miasteczku Otavalo, potem przypadkowo trafiliśmy na drugoligowy mecz piłkarski połączony z lokalnym festynem. Nocleg nad jeziorem San Pablo i od razu mocna przeprawa – trafiliśmy w sam środek głośnej i mocno zakrapianej imprezy.

Na pierwszy rzut oka spokojne Lago Del Pablo okazało się nocnym miejscem spotkań lokalnej młodzieży

2 lutego 2020

Ostatni dzień w Kolumbii. Straszą nas, że w Ekwadorze drożej i ciężej o części, więc staramy się jak najwięcej ogarnąć. Wieczorem przekraczamy granicę. Wszystko poszło sprawnie, 30 minut przy okienku i mamy TIP (Temporary Import Permit) dla Deliki. Gdy przygotowujemy się na wielkie trzepanie samochodu – jesteśmy na granicy jednego z największych eksporterów narkotyków na świecie – pogranicznik nawet nie prosi nas o paszporty, krzycząc „jedzcie, witamy w Ekwadorze”!