fbpx

DZIENNIK POKŁADOWY

Zanim świat się zawalił byliśmy w Peru, niżej zapis podróży po północy tego kraju i szybkiej ewakuacji. Dzienniki pokładowe z Kolumbii i Ekwadoru znajdziesz pod poniższymi linkami.

DZIENNIK POKŁADOWY Z EKWADORU (2 lutego 2020 – 29 lutego 2020) >>
DZIENNIK POKŁADOWY Z KOLUMBII (9 grudnia 2019 – 2 lutego 2020) >>
PRZYGOTOWANIA DO WYJAZDU (lipiec 2018 – grudzień 2019) >>

18 marca 2020

Nie jedziemy dalej, wróciliśmy, a w dziennik pokładowy wkładamy zakładkę, niech czeka na lepsze czasy. Około 11 przekroczyliśmy granicę pieszą w Słubicach, w pierwszym możliwym barze zamówiliśmy pierogi i piwo – jeśli zastanawialiście się jak wygląda tęsknota za Polską, to chyba właśnie tak. Social media ściekają relacjami z nudzenia się na kwarantannie, a nam te 14 dni bardzo się przyda – czas wymyślić siebie od nowa.

101 dni, tyle w sumie trwała nasza, zaplanowana na co najmniej trzy razy tyle, podróż. W tym czasie przejechaliśmy samochodem 12 tysięcy kilometrów. Widzieliśmy znikającą powoli Amazonię i powiększające się stada bydła, ośnieżone szczyty, głębokie kaniony i aktywne wulkany w Andach, wielkie plantacje kawy i bananowców w Ekwadorze czy wpadającą prosto do Pacyfiku pustynię w Peru. Rozmawialiśmy z wychodzącymi z dżungli Indianami, partyzantkami FARC-u i setkami zwykłych, dobrych ludzi chcącymi nam pomóc, a także, a może przede wszystkim, z naszymi bliskimi, którzy teraz wydają się jeszcze bliżsi. Nikt z nich nie był stanie przewidzieć, że naszej podróży nie skończy awaria samochodu, kradzież czy przebimbanie całej kasy. Kolejny raz okazuje się, że jedyną stałą w życiu jest zmiana, a dawne plany to dzisiejsza beka. Pomyślcie o tym, gdy następnym razem pokłócicie się, gdzie pojechać na wakacje. Do zobaczenia w lepszych czasach!

17 marca 2020

Udało się, wylądowaliśmy we Frankfurcie. To trzecie lotnisko, na którym jesteśmy w ciągu ostatnich trzech dni. Ani razu nikt nie sprawdził nam nawet temperatury.

Żeby minimalizować kontakty z innymi ludźmi wynajmujmy samochód i jedziemy do Berlina, gdzie spędzamy noc (dzięki Soło!). Cel na jutro: Polska!

16 marca 2020

Lot do Sao Paolo opóźnił się o godzinę, więc teoretycznie wylecieliśmy z Peru już w trakcie obowiązywania stanu wyjątkowego. Zamieszanie na lotniskach jest ogromne, choć spodziewaliśmy się więcej ludzi uciekających do Europy. W Sao Paulo czekamy 17 godzin na samolot do Frankfurtu, dzień mija na gapieniu się w Twittera i odświeżaniu newsów. Na szczęście Angela Merkel nie wpada na pomysł, by zamknąć granice powietrzne Niemiec, zamyka tylko restauracje. Wygląda na to, że wylecimy.

15 marca 2020

Od rana pakowanie i sprzątanie samochodu. Tyle rzeczy jeszcze nie zdążyliśmy wyjąć i użyć, a już trzeba wracać. Tyle miesięcy przygotowań i wyrzeczeń, by chwilę pojeździć sobie samochodem, wejść na parę górek, przejechać przez dwie granice, zmontować kilka notek, filmików. Wiemy, że zachowujemy się odpowiedzialnie, ale czy na pewno nie przesadzamy? A może jednak…?

Tym razem jedziemy na komisariat w centrum miasta. Policjant jest dużo bardziej wyrozumiały, piszę notkę dla kolegi, który nam wczoraj odmówił. Wystarczy tam pojechać i podbić pieczątkę. W końcu się udaje – możemy legalnie zostawić Delicę na parkingu i jechać na lotnisko. Trochę po dwudziestej, już na bezcłówce, oglądamy wystąpienie prezydenta Peru: stan wyjątkowy, zamknięte granice, zero lotów międzynarodowych od następnego dnia. My wylatujemy do Sao Paulo o 23:45.

14 marca 2020

Bilety lotnicze znikają z minuty na minutę. Byliśmy zdecydowani, by kupić powroty przez Kolumbię, potem Ekwador, na szczęście ktoś nas uprzedził. Na szczęście, bo kilka godzin później Ekwador i Kolumbia zakazały obcokrajowcom wlotu do kraju i nigdzie byśmy nie polecieli. Zabukowaliśmy bilet przez Sao Paulo i Frankfurt i mocno trzymamy kciuki za Brazylijczyków i Niemców, by przez następne dni już nic nie mieszali.

Do Limy dojechaliśmy (brawo Delica!) lekko spóźnieni, po 31 godzinach (prawie) nieustannej jazdy. Jakbyśmy mieli za dużo czasu, na rogatkach zatrzymał nas polujący na łapówki policjant, któremu z tego miejsca życzymy wszystkiego najgorszego. Bezpośrednio udaliśmy się do mieszkania Mirka Rajtera, Polaka mieszkającego od 13 lat w Peru. Mirek (wielkie dzięki!) zaproponował nam nocleg i pomoc ze wszystkimi urzędowymi formalnościami. Właściciel parkingu okazał się być bezproblemowym gościem, ale czekała nas jeszcze wizyta na komisariacie. Tu, oczywiście, okazało się że jest jakiś bliżej nieokreślony problem. Komendant stwierdził, że nam nie pomoże (bo przecież może nam nie pomóc, jest komendantem), a sprawę powinniśmy załatwić w odpowiednim urzędzie, w poniedziałek. Kogo to obchodzi, że w poniedziałek nie możemy już tu przebywać?

Musimy się przespać, obyśmy jutro mieli więcej szczęścia do policjantów.

13 marca 2020

Naszą sytuację komplikuje nocne wystąpienie prezydenta Peru, który wzorem USA zakazuje lotów z i do Europy. Jest piątek, do niedzieli mamy czas, żeby wylecieć z kraju. Już wiemy, że nie uda się wydostać samochodu z Peru, nie ma na to czasu. Musimy znaleźć parking w Limie i załatwić sporo formalności, by móc legalnie zostawić auto w kraju na bliżej nieokreślony czas. Tylko jak to zrobić w weekend?

Wyruszamy o 11, przed nami 1200 kilometrów trasy do Limy przez góry i pustynię. Jeśli chcemy zdążyć, musimy jechać trzydzieści godzin bez przerwy. Po drodze próbujemy dowiedzieć się więcej o papierologii, która nas czeka i zabukować bilety do Europy. Lepimy się od potu i szukamy zasięgu. Trudne, wszystko robi się bardzo skomplikowane.

12 marca 2020

O 6 rano budzi nas telefon (w Niemczech jest 12) – Michał z Magdą zrezygnowali z lotu do Peru, wracają do Warszawy. Wszyscy jesteśmy podłamani. W nocy Donald Trump ogłosił, że zamyka połączenia lotnicze z i do Europy, niektóre kraje w Ameryce Południowej momentalnie zareagowały obowiązkową kwarantanną dla przylatujących z Europy, część z nich zamyka granice. Peruwiańscy politycy na razie milczą, ale dlaczego mieliby nie zrobić tego samego? Co to dla nas oznacza i jak powinniśmy zareagować?

Wszyscy jesteśmy podłamani, ale wiemy, że czasu jest mało – kemping w El Porvenir – jest tu w miarę sprawny internet i telewizor – szybko zostaje przekształcony w kryzysowe centrum dowodzenia. Decyzja Trumpa wywołała lawinę decyzji, co kilkadziesiąt minut kolejne państwa coś zamykają, czegoś zakazują. Już wiemy, że musimy uciekać z Peru i to jak najszybciej. Problemem jest samochód. Zostawić go w Limie, czy może próbować wrzucić na statek? Sytuacji nie ułatwia zbliżający się weekend – jest czwartek, a do stolicy mamy 30 godzin nieustannej jazdy. Wysłaliśmy kilkadziesiąt maili do spedytorów, właścicieli parkingów, ambasady. Idziemy spać, z nadzieją na przychylne nam odpowiedzi.

Decyzja Michała i Magdy, żeby zawrócić z lotniska była trudna, odważna i bardzo odpowiedzialna. Prawdopodobnie dzięki niej sprawy w najbliższych dniach potoczyły się po naszej myśli.

11 marca 2020

Chcielibyśmy nie zwracać na to uwagi, ale nie da się. Telewizory w knajpach świecą się na czerwono, koronawirus jest już w każdym kraju Ameryki Południowej (może oprócz Wenezueli, ale kto by im wierzył), coraz więcej polityków przemawia do narodu, coraz więcej ludzi pyta nas na ulicy, co planujemy. Jakby tego było mało, okazuje się, że od kilku miesięcy na północy Peru odnotowuje się sporo zakażeń dengą. Jedno z ognisk to Piura, w której przez ostatnie osiem dni obrzuciliśmy komary wszystkimi możliwymi wyzwiskami, inne to np. Tarapoto, do którego zmierzamy. Objawy obu chorób są bardzo podobne – gorączka, bóle mięśni i stawów, osłabienie organizmu.

Michał z Magdą dojechali z Warszawy do Berlina. Jutro lecą przez Amsterdam do Limy. Oby bezproblemowo. Idziemy spać na kempingu 100 kilometrów przed Tarapoto z nadzieją, że wszystko będzie dobrze i niebawem się zobaczymy.

10 marca 2020

Tęskniliśmy za górskim chłodem i rześkimi porankami, więc od rana nigdzie się nie spieszymy. Barti kończy dziś 32 lata, cel na dziś to bezproblemowa trasa, znalezienie spokojnej miejscówki na nocleg i drobne świętowanie. Na większe przyjdzie czas w piątek, kiedy w Peru wylądują Michał i Magda. Odliczamy czas i nie możemy się doczekać.

9 marca 2020

Dzień wyjazdu z Piury, ruszajmy stąd jak najszybciej! Mamy dość pustyni i 35-stopniowych upałów, chcemy wjechać w góry i zacząć oddychać. Cały dzień w trasie, nocleg na 1200 metrach, nad jeziorem.

A i przy okazji, wybaczcie prywatę – wszystkiego najlepszego mamo, żyj nam 100 lat!

1 – 8 marca 2020

Wrzućmy te dni do jednego worka o nazwie „Piura”. Czekaliśmy na ten czas z utęsknieniem. Cywilizacja, gdy długo przebywasz poza nią, jednak ma sporo zalet, dlatego po cichu marzyliśmy o Netflixie, pralce, wiatraku i moskitierze, której wciąż nie udaje nam się kupić do samochodu.

Piura okazała się być wielkim, zatłoczonym, śmierdzącym, brudnym miastem na środku pustyni. Ok, wciąż do przyjęcia, nie przyjechaliśmy tu zwiedzać, ale odpoczywać w apartamencie, na pierwszy rzut oka przyzwoitym. Szybko okazało się, że internet prawie nie działa, więc nici z pracy i Netflixa, wiatraki kręcą się jakby nie mogły, a moskitiera, mimo że jest, wcale nie chroni przed komarami. Na zewnątrz było 35 stopni, w nocy komary dostawały szału. A razem z nimi my. Na szczęście był prąd i pralka, więc część planu udało się zrealizować. Jednak po ośmiu dniach „odpoczynku” wyjeżdżaliśmy z Piury śmiertelnie zmęczeni, przede wszystkim psychicznie. Kto by pomyślał, że śpiąc w łóżku zatęsknimy za namiotami?

Przynajmniej Delica po wizycie u mechanika nadal jeździ, czego nie zawahamy się w najbliższych dniach wykorzystać. Kierunek wschód. Dżungla!

1 marca 2020

Północ Peru to regularna pustynia, która wpada do oceanu. Miejscowość Piura ma być naszą bazą przez następny tydzień – po intensywnym miesiącu w Ekwadorze potrzebujemy kilku dni w cywilizacji – internetu, pralki, lodówki. Musimy także zadbać o Delikę, a w Piurze jest polecany przez innych overlanderów mechanik. Apartament jest duży, jest w nim wszystko, co potrzebne, nie jest drogo, mechanik ma czas – wszystko musi się udać. Czas wziąć się do roboty.

Gdzieś pośrodku pustyni

29 lutego 2020

Przed nami luźny dzień, możemy bez pośpiechu jechać wzdłuż wybrzeża i szukać miejsca na nocleg – dopiero jutro musimy być w Piurze, a to tylko trochę ponad 100 kilometrów. Tak też robimy – ceviche, kąpiel, zdjęcia/dron, potem znów wzdłuż drogi, w poszukiwaniu almuerzos. Śpimy na jeden z pustych plaż w pobliżu Nuro.

Kraby, wszędzie kraby

28 lutego 2020

Na granicy zameldowaliśmy się stosunkowo wcześnie, około 10. Tłumy ludzi, zamieszanie, urzędnicy w maseczkach, dwie panie w migracion mające obsłużyć kilkadziesiąt ludzi. Po trzech godzinach w kolejce udało się dostać pieczątki, jeszcze tylko godzina załatwiania Temporary Import Permit dla Deliki i będziemy mogli wjechać do Peru. Znowu nikt nas nie przeszukiwał, tym razem dzięki Robertowi Lewandowskiemu, którego nazwisko zaczęli krzyczeć celnicy, po tym jak zobaczyli polskie blachy. Dzięki Robert.

Pierwsze, co bije po oczach po wjeździe do Peru to tuk-tuki. Do tej pory ich nie było, czyli na drogach będzie się działo. Drugie, bród, w porównaniu z Ekwadorem jest brudno, wszędzie walają się śmieci. No i po trzecie, przez dwie godziny nie mogliśmy znaleźć przy drodze jedzenia. W Kolumbii nie do pomyślenia.

Wiedzieliśmy też kilkudziesięciu Wenezuelczyków ładujących się na ciężarówkę jadącą w głąb kraju. Ich wędrówka to często tysiące kilometrów, z pogrążonej w kryzysie Wenezueli docierają nawet do odległego Chile. Ludzie pomagają im, jak mogą, dając drobne czy jedzenie lub oferując transport. Kolejny obrazek, który zostanie w pamięci. Śpimy nad morzem, blisko posterunku, dzięki uprzejmości policjantów.