fbpx

Nie jedziemy dalej. Ewakuacja z Peru

Kobieta siedziała na niskim taborecie, za nią falował papierowy obrus rozłożony na plastikowym stole. Stało na nim plastikowe wiadro z ceviche – potrawą z ryby, która gotuje się na zimno dzięki sokowi z limonki. Kobieta czekała na klientów. Było 35 stopni w cieniu, wiatru brak.

Miasto na pustyni dusiło się w upale i smrodzie. W piasku Piury gniły ciała zwierząt. Skołtunione, zabrudzone, jeszcze nie wyczyszczone do kości przez sępy. Obok gniły śmieci. W tej części półmilionowego miasta nie ma śmieciarek – wory lądują więc gdzie popadnie, a zwierzęta wyszarpują z nich resztki jedzenia. Wiatr, jeśli już zawieje, zabiera ze sobą zakrwawione podpaski, butelki po słodkich napojach gazowanych, opakowania po ciasteczkach i wlecze je kilometrami po piaszczystych drogach, upycha w rowach, zamieniając płynącą tam wodę w bagno o wszystkich kolorach tęczy. Nie wszystkie domy mają drzwi, więc śmieci czasem wracają.

Żyliśmy tu przez tydzień. Samochód był u mechanika, a my pisaliśmy i montowaliśmy. Teraz, na rogatkach Piury, trzymamy się za nosy. Ulgę przynoszą góry. Robi się chłodniej, znikają komary, noc spędzamy nad rzeką pod rozgwieżdżonym niebem. Ale i tu są śmieci. Pojedyncze buty, żyłka zaplątana w kamienie, potrzaskana suszarka. Potem wszystko znika w zieleni Alto Mayo, tropikalnego lasu opadającego do rzeki Mayo. Z drogi widać ją rzadko, ale czasami serpentyny układają się tak, że w dole można wypatrzeć linię w koronach drzew.

Stajemy trzy godziny przed Tarapoto, w malutkim miasteczku El Porvenir. Jest środa, 11 marca. Zasypiamy z myślą, że jutro do Limy przylecą do nas Magda i Michał, a w piątek spotkamy się z nimi na lotnisku w Tarapoto. Będą z nami dwa tygodnie, odwieziemy ich do Limy, skąd odbierzemy Magdę. I tak do połowy kwietnia. Potem Boliwia. Dalej nie wiemy – Chile i Argentyna, czy jednak Paragwaj, Brazylia, Urugwaj i w dół do Ushuaia? Tyle możliwości, co wybrać?

Boom.

W czwartek rano czytamy, że Magda i Michał wracają z Berlina do Polski. Nie wsiedli do samolotu, podejmując najlepszą z możliwych decyzji. Donald Trump zamyka lotniska w USA dla samolotów z Schengen. W Peru jest na razie kilka przypadków koronawirusa, w innych krajach Ameryki Południowej niewiele więcej.

Czytamy też o dendze, którą od listopada zaraziły się już w północnym Peru ponad 4 tysiące osób.

Co robić?

Papugi zlatują się nad naszym obozowiskiem, ochroniarz, który wpuścił nas na teren ośrodka wypoczynkowego macha z uśmiechem, przyjeżdża też właścicielka, senora Maria. Włącza telewizor. Epidemia jest już głównym tematem, rząd zastanawia się, co robić. Maria pyta, czy byśmy czegoś nie zjedli i mówi, że spodziewa się problemów, bo epidemia zabierze jej turystów.

Dzwonimy do ambasady, żeby się poradzić. Jest kilka numerów, żaden nie odpowiada, więc dzwonimy do konsula na numer alarmowy. Konsul mówi jasno, że nie wie, co się wydarzy. Będą to słyszeć setki Polaków od różnych konsulów w Ameryce Południowej. Państwo nie przygotowało żadnych procedur na wypadek epidemii. O rządowych czarterach jeszcze się wtedy nie mówiło.

Myślimy dalej, zaglądamy w przeszłość, analizując, co działo się w Chinach i w Europie, jakie decyzje podejmowały rządy, jakie sankcje wprowadzały. Dodajemy do tego naszą niewielką wiedzę o systemie medycznym w Ameryce Południowej. A także wspomnienie piaszczystej Piury, gdzie wielu mieszkańców nie ma dostępu do bieżącej wody. Pytamy o radę przyjaciół i innych podróżujących samochodami po kontynencie – wśród tych ostatnich temat na razie jeszcze nie istnieje. Mało kto myśli o przerwaniu podróży. Pojawiają się tylko rady, żeby jeździć mniej uczęszczanymi drogami. Nie rozumiemy ich, bo co, jeśli zachorujemy bez objawów i przywieziemy wirusa w miejsce, w które normalnie by nie trafił? Próbujemy im tłumaczyć, że możemy być jak komary przenoszące choroby. Niektórzy radzą też, żeby znaleźć sobie bezpieczne miejsce na nadchodzące miesiące, ale tego również nie chcemy, bo siedzenie w jednym miejscu do wakacji nas nie interesuje.

Przez cały dzień zastanawiamy się, co robić. Rozmawiamy ze spedytorami – być może da się wysłać samochód z Cartageny do Europy, ale czy zdążymy dojechać do portu nad Morzem Karaibskim? Czy Ekwador i Kolumbia nie zamkną wcześniej swoich granic? W końcu decydujemy, że pojedziemy do Limy. Jest czwartek, godz. 11. Ruszamy. W niedzielę odlatują ostatnie samoloty do Europy.

Przed nami 1300 km i przejazd przez Andy. W Limie musimy załatwić jeszcze formalności związane z zostawieniem samochodu. Legalnie w Peru może być do 27 maja, ale mało prawdopodobne, że epidemia do tego momentu się skończy. No, i raczej nie będziemy mieli pieniędzy, żeby wrócić i kontynuować przerwaną podróż. Dzięki pomocy Mirka Rajtera, mieszkającego w Peru od kilkunastu lat, znajdujemy miejsce, gdzie możemy zostawić samochód. Być może uda nam się również załatwić prawie wszystko przez internet, bo formalności na miejscu mogą potrwać dni.

Takiego dystansu w takim pośpiechu Delica jeszcze nie przejechała.

Co robić z biletami? Kupować? Kolejne linie lotnicze odwołują loty, sprawdzamy, czy państwa Unii Europejskiej nie zamykają lotnisk. Który lot wybrać? Bezpośrednich już nie ma, trzeba się gdzieś przesiąść. Ale czy Delica dojedzie do Limy?

Oczy na zapałkach

Andy pokonujemy w nocy. Wstrząs podrzuca nas na fotelach. Stajemy na poboczu i biegniemy 100 metrów, żeby zobaczyć, czy czegoś nie urwaliśmy. Na drodze leżą głazy wielkości dużej dyni, które osunęły się ze zbocza. Zwalniamy. Robi się szaro, gdy zjeżdżamy na stację benzynową. Nasza ewakuacja zaczęła się 20 godzin temu. Lotów jest coraz mniej.

Można lecieć do Ekwadoru, potem do Hiszpanii i do Berlina; do Panamy, potem do Meksyku, Stambułu i Berlina. Hiszpania, czyli Madryt – od wielu dni docierają do nas coraz dramatyczniejsze obrazki ze stolicy Hiszpanii. W ostatniej chwili zauważamy, że jest jeszcze jedna możliwość: lot do Sao Paulo w Brazylii, kilkanaście godzin na lotnisku, a potem do Frankfurtu nad Menem. Sprawdzamy co dzieje się w Brazylii.

Prezydent Jair Bolsonaro podobno ma koronawirusa, ale właśnie jego syn tłumaczy mediom, że to nieprawda, a Bolsonaro senior publikuje zdjęcie, w którym pokazuje wirusowi wała. A potem wychodzi do demonstrantów i zbija z nimi piątki.

Magda kupuje nam bilety. Wschodzi słońce. Do Limy mamy jeszcze 10 godzin. Po godzinnej drzemce jedziemy dalej.

Łapówka

Jest po 16. W drodze jesteśmy już prawie 30 godzin. Do domu Mirka mamy kilkanaście minut, gdy zatrzymuje nas policja. Od początku wiadomo, o co chodzi. Policjant najpierw mówi o przeglądzie technicznym z Peru, którego nie mamy, a potem o przyciemnianych szybach, których nie można mieć w Peru. Obie rzeczy nas nie dotyczą, ale nie mamy czasu na wyjaśnienia, za 48 godziny musimy jechać na lotnisko, a nie załatwiliśmy jeszcze nic z celnikami i policją – potrzebujemy zaświadczeń, dzięki którym zawiesimy TIP (Temporary Import Permit), czyli wizę dla samochodu.

Mówimy policjantowi o trudnej sytuacji w Polsce, pokazujemy bilety lotnicze. Dłubie w nosie i mówi, że grozi nam kara w wysokości równowartości kilku tysięcy złotych, a teraz pojedziemy z nim na komisariat, gdzie sprawę będziemy wyjaśniać przez kilka dni.

– Bardzo nam się spieszy, pan zrozumie, możemy zapłacić mandat?
– Możecie.
– Ile?
– Wysokość kwoty jest dobrowolna.

Mamy równowartość 40 (dwa banknoty) i 100 zł (jeden banknot). Próbujemy z 40.

– Za mało.
– Bardzo pana prosimy.
– Za mało – uśmiecha się policjant.

Dajemy stówę. Policjant zasuwa okno i szybko odjeżdża.

Pożegnanie z Delicą

Mirek przez kolejnych kilkadziesiąt godzin pomaga nam z formalnościami. Jeździ z nami po komisariatach, dzwoni po znajomych, rozmawia z właścicielem parkingu, na którym ma zostać Delica. W końcu w niedzielę w południe mamy potrzebne papiery. Czyścimy samochód, który zaledwie trzy miesiące wcześniej pakowaliśmy w porcie w Cartagenie. Nie przejechaliśmy nawet 1/4 planowanej trasy. Zabezpieczamy Delicę brezentem, robimy sobie pamiątkowe zdjęcie i wsiadamy do taksówki.

Lotnisko

Na lotnisku w Limie tłumy ludzi, ale wygląda na to, że nasz samolot wyleci zgodnie z planem. Zamawiamy pisco sauer. W telewizji rozpoczyna się przemówienie prezydenta Peru. Jest po 20. Nie słyszymy dokładnie słów, pytamy kelnera.

– Powiedział, że od północy zamykają wszystkie lotniska.
– Od której północy?
– No, od dziś. O której macie lot?
– 23:45.

Gubię kapelusz, który wiozę w prezencie. Potem go znajduję. Lot opóźni się o dwie godziny. Ale wylatujemy. Z tego, co wiemy, jeszcze do rana dało się wylecieć z Peru.

W kraju utknęło 160 Polaków. Rządowy czarter przyleciał po nich dwa tygodnie później. Na ulicach było już wojsko, a obcokrajowcy bali się wychodzić po zakupy. Ataki na tle ksenofobicznym miały miejsce w Kolumbii, a jak wynika z opisów na jednym z forów skupiających ludzi podróżujących samochodami, Boliwijczycy w pewnym momencie samowolnie zablokowali jedną z granic, nie przepuszczając przez nią obcokrajowców. Dziś wszystkie granice w Ameryce Południowej są już zamknięte. Wiele rządów nałożyło na obywateli restrykcje o wiele surowsze niż Polska.

Angela, bitte

W siódmej godzinie wegetacji na lotnisku w Sao Paulo przemówienie rozpoczyna Angela Merkel. Szczęśliwie dla nas, mówi o zamknięciu granic Niemiec na Południu i Zachodzie i o sankcjach, które dotkną restauracje i burdele. Nic o lotach.

Wsiadamy do samolotu i kilkanaście godzin później lądujemy we Frankfurcie nad Menem. Nikt nas nie sprawdza – podobnie było i w Limie, i w Sao Paulo. Wypożyczamy samochód i jedziemy do Berlina, gdzie z kebabami i piwkiem czeka na nas Soło. Możemy się przespać w mieszkaniu jego siostry Oli i jej męża Emila.

Cały czas zastanawiamy się, jak zminimalizować ryzyko – dla siebie i dla innych. Wagon U-Bahna jest prawie pusty. Potem wsiadamy do pociągu, który zawiezie nas do Frankfurtu nad Odrą. Siedzimy sami w przedziale. Granicę pokonujemy na piechotę. Mierzą nam temperaturę, wypełniamy formularz, wpisujemy adres miejsca, w którym spędzimy kwarantannę – dzięki Madzia! Za granicą nikt na nas jeszcze nie czeka. Artur przyjedzie dopiero za dwie godziny i zawiezie nas do Warszawy.

Mogliśmy wsiąść do autobusu, który z Berlina jedzie do Warszawy, ale to przecież kilkadziesiąt osób na małej powierzchni, a na granicach w tamtych dniach czekało się nawet po kilkadziesiąt godzin. W Słubicach mogliśmy wsiąść o północy do Flixbusa, ale znów, kilkadziesiąt osób na małej przestrzeni. Mogliśmy też pojechać taksówką do Rzepina i tam wsiąść w pociąg. Bez pewności, że jesteśmy zdrowi i że nikogo w nim nie zarazimy. Czytaliśmy o ludziach, którzy tak zrobili i postanowili to zgłosić konduktorowi. Pociągi stawały, konduktorzy nie wiedzieli, co mają zrobić, dzwonili po policjantów, ci również nie byli pewni, co właściwie powinni zdecydować.

Artura znaleźliśmy w internecie. Przyjechał swoim samochodem, miał płyn do dezynfekcji. Uznaliśmy, że to najbardziej odpowiedzialne rozwiązanie.

Co dalej?

Dziś upływa 15. dzień kwarantanny. Ktoś musiał się pomylić, wczoraj już powinniśmy skończyć okres izolacji, ale skończymy dopiero jutro. Korespondujemy z peruwiańskimi celnikami, próbując dokończyć formalności. Pierwszy tydzień minął na fascynacji chlebem z masłem, drugi jest cichszy. Za chwilę każdy z nas ruszy w swoją stronę z pewniejszym lub mniej pewnym pomysłem na to, co teraz.

Koronawirus może i zabrał nam kolejne pół roku podróżowania; sprawił, że nie wiadomo, co dalej. Trzy miesiące w drodze też jednak coś zmieniły. Jeszcze tylko nie wiemy dokładnie, co.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *