fbpx

To my jesteśmy FARC [#6]

Co tydzień będziemy publikować kilka zdań – opowiastek, drobnych przemyśleń o miejscach, do których trafiamy.


***

Jeżeli na początku lat 90. kupowało się kokainę, to z prawdopodobieństwem wynoszącym 90 proc. pochodziła ona z Cali. Kartel z miasta w południowo-zachodniej Kolumbii polował wówczas na Escobara może i nawet bardziej zaciekle niż wojsko, policja i amerykańskie służby razem wzięte. Nie ograniczały go dobre maniery – szefowie kartelu mieli nawet pomysł, by z prywatnego odrzutowca zbombardować La Catedral, luksusowe więzienie, które zbudował sobie Pablo.

Jedna z arterii w Cali

– Dziś w Cali dalej nie jest spokojnie – mówi Diego, poprawiając arafatkę. Mieszkał w Madrycie, Amsterdamie, Brukseli, na stare lata zjechał do domu i teraz nocami pilnuje kilku rowerków wodnych i trzech malutkich statków wycieczkowych na plaży jeziora tuż nad Cali. – Miastem rządzi rosyjska mafia. Zarabiają na handlu bronią – dodaje.

W Cali witają nas jednak nie Rosjanie, a zapach moczu i wieść, że w regionie szaleje denga. Czyli trzeba uważać na komary i najlepiej nie wychodzić z hotelu.

W Cali nie widać było, żeby ktoś przejmował się komarami, nie czuliśmy się niebezpiecznie również z powodu mafii – tej rosyjskiej czy miejscowej. Niewesoło zrobiło się dopiero, gdy wyłączyliśmy w aplikacji iOverlander jedną z opcji. Apka pomaga nam znajdować noclegi, warsztaty samochodowe, napełniać butlę z gazem. Ma też inną funkcjonalność: jeśli ktoś z jej użytkowników zobaczył coś niepokojącego na drodze, może to oznaczyć.

Zatrzymanie pod wulkanem

Wybraliśmy najkrótszą trasę prowadzącą na południe od Cali do pustyni Tatacoa. Miało być ciekawie – droga powyżej 3000 m i obok wulkanu Nevado del Huila (5364 m n.p.m.), który po 500 lat uśpienia zaczął drżeć w 2007 r. Sejsmolodzy odnotowali 700 małych wstrząsów, aż w końcu wybuchł. Pierwsza erupcja nie była duża, ale wystarczająca, by podnieść poziom rzeki Magdaleny, do której spłynął roztopiony śnieg i lód. Ewakuowano 4000 ludzi. Rok później znów wybuchł, tym razem kilkanaście tysięcy ludzi musiało opuścić domy. Zginęło dziesięć osób.

Asfalt ustąpił żwirowi, droga wiła się wokół dolin; zbocza porastały krzaczki z kawą i bananowce. Po godzinie minęliśmy posterunek policji i 40 minut później dojechaliśmy do miasteczka, które na mapie nie miało żadnej nazwy.

Droga, jak to często bywa w Kolumbii, nie pokrywała się ze wskazaniami GPS-a. Objechaliśmy niewielki rynek i już mieliśmy wyjeżdżać w stronę wulkanu, kiedy zatrzymało nas czterech mężczyzn na motorach. Po dwóch miesiącach w Kolumbii coraz więcej rozumiemy po hiszpańsku, ale jeszcze nie tyle, by dogadać się w trudnych sprawach. Proste pytania jednak zrozumieliśmy.

– Kim jesteście?
– Turystami z Polski.
– Gdzie jedziecie?
– Do Neivy i dalej na pustynię Tatacoa. GPS wskazuje, że to najszybsza droga.
– Kogo znacie na tych terytoriach?
– Nikogo.
– Kto autoryzował waszą podróż?
– Słucham?
– Kto dał wam zgodę, żebyście tędy jechali?
– Nikt, a w czym problem?

Nie uśmiechali się, jeden założył kaptur. Ludzie mijali nas samochodami, ale nikt się nie zatrzymał.

– Jesteście z policji? – zapytaliśmy naiwnie.

– Tak, z policji – skrzywił się ten, który najwięcej mówił. – Jadę po caudillo – rzucił do pozostałych.

Caudillo. I wszystko stało się jasne, chociaż powinno być od samego początku. Caudillo, czyli przywódca. Polityczny, ale na ogół również wojskowy.

Dwóch pojechało, dwóch zostało. – Paszporty – powiedział starszy. – Otwórzcie samochód.
– Nie da się przejechać tą drogą? To może sobie po prostu zawrócimy – staraliśmy się coś wymyślić.
– Patrz, mają drona – powiedział młodszy. – Dron jest dla nas bardzo niebezpieczny.
– Tą drogą nie da się jechać? – ciągnęliśmy. – Tam dalej jest niebezpiecznie? Może tam dalej jest FARC?
– My jesteśmy FARC – uśmiechnął się młodszy, a mi zrobiło się zimno.

Mijali nas również piesi. Jedna kobieta obejrzała się na moment, ale szybo poszła w swoją stronę.

Polacos guerilleros

Śniady grubasek po pięćdziesiątce przyjechał na motorku. Podał nam dłoń, pogadał chwilę z członkami FARC-u i powiedział, żebyśmy za nim pojechali.

– Ale dokąd?
– Wytłumaczyć waszą sprawę.

Wziął paszporty, wsiadł na motor i kazał jechać za sobą.

Okrążyliśmy rynek, po drodze minęliśmy dwóch pozostałych członków FARC-u, wyraźnie zdziwionych rozwojem sytuacji. Jednak nas nie zatrzymali. Nic z tego nie rozumieliśmy.

Dojechaliśmy pod duży budynek przypominający szkołę. Uspokoił nas widok kobiet i mężczyzny z lekkim zezem. Uśmiechał się i miał czapkę w stylu Robin Hooda.

Grubasek się pożegnał i zostaliśmy sami. Robin Hood przejął nasze paszporty i gdzieś zniknął. Jedna z kobiet powiedziała, że mamy poczekać pod schodami.

Nie mieliśmy pojęcia, co się dzieje.

Schody kończyły się jakimś pomieszczeniem, a obok wisiał plakat przedstawiający kobietę, mówiącą coś do mikrofonu. Podpisano, że to niejaka Cristina Bautista. Obok znajdowało się godło: wiosło (a może różdżka?) i tęcza na tle wody i ośnieżonego szczytu; data 1701 i napis: KWEKWE NEEHWE ‚SX KWETYU. Zrozumieliśmy, że trafiliśmy do jakiejś społeczności indigenas.

Plakat w siedzibie społeczności KWEKWE NEEHWE ‚SX KWETYU

Po godzinie mężczyzna noszący czapkę Robin Hooda zaprosił nas na górę. Tam przez kolejną godzinę dyktował coś jednej z czterech siedzących za komputerami kobiet, a przy okazji rozśmieszał ją, przez co w raporcie znalazło się mnóstwo literówek. Następnie zapytał nas o spotkanie z partyzantami: ile trwało, o co pytali, czy byli uzbrojeni.

– Podpiszcie ten raport i możecie jechać – powiedział w końcu, wręczając nam paszporty. W piśmie udało nam się wyczytać, co następuje:

– partyzanci zatrzymali nas między Tacueyo i Torbio,
– zatrzymało nas dwóch, a nie czterech partyzantów, jednego Robin Hood nazwał „Papugą”, a drugiego „Czerwoną Skórą”,
– byli uzbrojeni,
– wzięli nas za innych partyzantów, którzy chcieli infiltrować ich terytoria.

Robin Hood powiedział, jeszcze, że droga, którą wybraliśmy, jest nieprzejezdna z powodu problemów ekologicznych.

Wróciliśmy po własnych śladach z duszą na ramieniu. Po drodze coś zepsuło się jeszcze w samochodzie – zaświeciło się naraz kilka kontrolek. Szczęśliwie nic więcej tego dnia się nie wydarzyło, a gdy mijaliśmy posterunek wojskowy, tym razem żołnierze nas zatrzymali. Nie chodziło jednak o przesłuchanie czy przeszukanie – mogli mieć najwyżej z 20 lat i pytali, czy w Cartagenie, skąd pochodzą, widzieliśmy ładne dziewczyny.

Jeżeli będziemy milczeć zabiją nas, jeżeli będziemy mówić, również nas zabiją

Tacueyo słynie z maskary. Przez trzy miesiące przełomu 1985 i 1986 roku na rozkaz Hernando Pizzarro Leongomeza i Jose Fedora Reya zabito 164 osoby. Wszyscy byli partyzantami FARC-u. Dowódcy kazali zabić własnych ludzi, bo byli przekonani, że tamci współpracowali z kolumbijską armią albo z CIA. Większość stanowili młodzi mężczyźni, którzy dopiero co dołączyli do rewolucji. Przed śmiercią byli torturowani – otwierano im klatki piersiowe i wyciągano serca. Znaleziono również trzy ciała kobiet w ciąży z rozprutymi brzuchami.
Prasa nagłośniła bestialstwa, których dopuścili się Pizarro i Rey. FARC usunął ich ze swoich szeregów i wyznaczył nagrodę za ich głowy.

Leżące kawałek dalej Torbio też widziało wiele: w latach 80. FARC dokonał tutaj 600 ataków – zginęło 41 osób, 600 zostało rannych. Ostatni wielki atak miał miejsce w 2011 r., gdy partyzanci wysadzili posterunek policji – zginęły trzy osoby, siedemdziesiąt zostało rannych.

Kobieta z plakatu, Cristina Bautista, była jedną z liderek miejscowych indigenas. Razem z czterema innymi osobami została zabita w październiku 2019 r. Ktoś zatrzymał ich samochód niedaleko Toribio i zaczął strzelać. Winą obarczono FARC.

Dwa dni później byliśmy już w Ekwadorze. Cauca żegnała nas przepastnymi dolinami i olbrzymi górami o zielonych zboczach. W końcu wjechaliśmy w Andy.

„Jeżeli będziemy milczeć zabiją nas, jeżeli będziemy mówić, również nas zabiją. A więc mówimy: jeśli dotkną jednego z nas, dotkną wszystkich” – to napis z plakatu, który zapamiętamy na długo.

Gdzieś na południu Kolumbii, przed granicą Ekwadorem

2 comments / Add your comment below

  1. Ech, chłopaki lepiej żebyście mieli na takie okazje kserokopie paszportów. Sprawdzi się też kiedy policjant na ulicy będzie chciał was legitymować.
    Poza tym to nie Carlos Pizarro brał udział w masakrze, tylko jego brak Hernando. Poprawcie błąd.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *