fbpx

Kaplica Sykstyńska Amazonii

W sercu kolumbijskiej dżungli szamani zapomnianego plemienia przez tysiące lat pokrywali płaskie ściany tepui czerwonymi rysunkami. Archeolodzy szukają kolejnych malowideł z pokładów helikopterów. My chcieliśmy to zrobić w starym, dobrym stylu.

Pamiętacie jeszcze, jak pisaliśmy, że w Calamar ucina się droga? Oto historia wyprawy, która dotarła do wyjątkowego miejsca na południe od Calamar. Kierował nią Maciej Tarasin. Uczestnikami byli: Michał Dzikowski, Shane Young i Dominik Szczepański.

***

Ranek 12 listopada 2017 r. był niezwykły, bo muszki nie cięły.

Po tygodniu wiosłowania rzeką Rio Ajaju, wcinającą się głęboko w Park Narodowy Chiribiquete w południowej Kolumbii, na całym ciele mieliśmy setki ugryzień dokuczających zwłaszcza nocami. Przed zaśnięciem zaczynały swędzieć nogi, ręce, policzki i szyja, a za pobudkę robiło brzęczenie. Mikroskopijne bestie atakowały chmarami od bladego świtu i nie dawały wytchnienia aż do zmierzchu. Kolejne godziny wiosłowania rzeką o barwie kawy z mlekiem, co dzień odrobinę szerszą, upływały na odganianiu latających krwiopijców i nasłuchiwaniu.

Rzeka miała być dzika, już samo odnalezienie jej źródeł było skomplikowane, ale od pierwszego dnia nie mieliśmy wątpliwości, że trafiliśmy w miejsce jeszcze kilka lat temu tętniące życiem. Co kilka kilometrów napotykaliśmy duże, niebieskie beczki po paliwie i puste butle po gazie – dowody na niedawną obecność marksistowskich partyzantów FARC (Rewolucyjne Siły Zbrojne Kolumbii). Ajaju w dalszym biegu łączy się z Rio Tunią i tworzy Apaporis, w której dolnej części wiosną 2017 r. grupa kajakarzy została uwięziona przez partyzantów. Nic się im nie stało, tak samo jak nam w grudniu 2014 r., kiedy żołnierze FARC nie przepuścili nas w głąb Chiribiquete. Wtedy to pierwszy raz próbowaliśmy się dostać do jego tajemniczych malowideł, o których krążą legendy. Do dziś archeolodzy odkryli kilkanaście stanowisk – ścian pokrytych piktogramami. Najstarsze rysunki mogą mieć nawet 20 tys. lat.

Na rzece Ajaju fot. Michał Dzikowski

Eksploracja Chiribiquete, parku narodowego wielkiego jak Belgia, przez wiele lat była jednak zatrzymana, bo zaporę tworzyli partyzanci. Początkowo po prostu się w nim kryli, później pomagali tworzyć narkotykowe imperium Pablo Escobara. W ostatnich latach archeolodzy wznowili poszukiwania nowych malowideł, ale robią to z powietrza – lustrują ściany z pokładów helikopterów.

My chcieliśmy zrobić to w stylu pierwszych odkrywców, przy pomocy wioseł przepłynąć kilkaset kilometrów dziewiczej dla kajakarzy rzeki i przejść kilkadziesiąt kilometrów przez las deszczowy. Przegraliśmy z ciężarem – mimo głodowej ilości jedzenia, ultralekkich pontonów i hamaków, nie zdecydowaliśmy się na zbadanie gór bliżej południowej granicy parku. Zrezygnowaliśmy z pierwotnego planu, ale nagrodą pocieszenia miało być Sanktuarium Jaguara, jedno z największych skupisk malowideł w Chiribiquete. Żeby się do niego dostać, a później wydostać, musieliśmy jako pierwsi spłynąć Rio Ajaju. Przynajmniej w teorii – tą rzeką pływali w końcu partyzanci, ale nie na kajakach, a motorówkami. Zapewne pływali nią także mieszkańcy dżungli, po których dziś zostały tylko rysunki i przedmioty zakopane w ziemi.

Przenoszenie packcraftów wzdłuż rzeki Ajaju fot. Michał Dzikowski

Śladami Schultesa

Rankiem 12 listopada muszki nie cięły, nie usłyszeliśmy też dźwięku silnika łodzi, który kazałby nam jak najszybciej ukryć się w lesie w obawie przed partyzantami.

– Śniadanie gotowe – powiedział Michał i każdemu z naszej czwórki podał kubek z kilkoma łyżkami płatków owsianych wymieszanych z panelą, brązowym, trzcinowym cukrem. Około południa zawsze jedliśmy po niewielkiej paczce suszonej wołowiny lub połówkę batonu energetycznego. Wieczorami dzieliliśmy się dwójkami, jedni rozpalali ognisko i gotowali wodę na herbatę i liofilizaty, drudzy wyciągali kabanosy i próbowali coś złowić. Z tym szło nam kiepsko, parę razy kończyło się na ościstych piraniach, świętem były tłuste sábalo.

Kolacja z piraniami fot. Michał Dzikowski

Wypłukaliśmy puste kubki, jeszcze raz sprawdziliśmy, czy dokładnie zasunęliśmy moskitiery w hamakach i po białym piasku zeszliśmy nad wodę. Na drugim brzegu las wędrował kilkaset metrów ku białym ścianom tepui, prekambryjskich gór stołowych.

Richard Evans Schultes, etnobotanik z Harvardu, jeden z pierwszych eksploratorów Chiribiquete, zobaczył je w latach 40. Stał jak urzeczony, później opowiadał, że trafił do warsztatu Boga, który przed stworzeniem świata ćwiczył w Chiribiquete.

Schultes do Chiribiquete trafił przypadkiem – wysłała go tam armia Stanów Zjednoczonych, która w trakcie II wojny światowej potrzebowała kauczuku. Ale Schultesa – współpracownika Alberta Hoffmana, twórcy LSD – bardziej interesowały rośliny halucynogenne i legendy o górach stołowych pokrytych dziwnymi malowidłami.

Hamak, czyli dom w dżungli fot. MIchał Dzikowski

Pułapki dżungli

Michał wyciągnął GPS-a i jeszcze raz wskazał palcem miejsce, gdzie powinny być malowidła. – Ściana, na której są rysunki, jest w osi wschód-zachód – powiedział.

Wgapiliśmy się w górę wyrastającą z dżungli. Płaska ściana była ogromna, miała ponad kilometr długości, w wielu miejscach przecinały ją ciemne rysy. Fragmentów odpowiadających opisowi było kilka. Który wybrać? Jak wygląda teren u podnóża ściany?

Wsiedliśmy do packcraftów i przepłynęliśmy na drugi brzeg. Las deszczowy usiany był parowami, nad którymi górowały kilkumetrowe skały. Poszliśmy na lekko, z maczetami w jednej ręce i butelką wody w drugiej. Dżungla wspinała się miarowo. Mijaliśmy kolejne zwalone drzewa; w ich przegniłych pniach kotłowało się życie. Mrówki ciągnącym się w nieskończoność równym rzędem niosły poszatkowane liście nienazwanych roślin, a pająki wielkości dwóch polskich krzyżaków zastygały w oczekiwaniu na nasz kolejny krok. Wystarczyło kilka minut i byliśmy mokrzy od potu. Las wyżymał go z naszych ciał bez litości. A w myślach kołatały przykazania wbite na blachę przed wyjazdem: „patrz, gdzie stawiasz nogę, zwłaszcza, kiedy przechodzisz nad powalonym pniem”, „nie łap niczego ręką, jeśli nie musisz. A jak musisz, to bardzo uważaj”. Wsłuchiwaliśmy się w te myśli, z każdym krokiem coraz bardziej tępe. Tak łatwo odpuścić, dać ponieść się nogom, uwierzyć, że jakoś to będzie. Łatwo stracić czujność.

Tepui – gdzieś tam są malowidła fot. Michał Dzikowski

Droga przypominała pole minowe. Kilkudziesięciocentymetrowa kołdra liści uginała się pod nogami, czasami zapadaliśmy się w niej po kolana, bo okazywało się, że niżej leżą jeszcze przegniłe pnie. Zapadnięcia wyzwalały lawiny przekleństw. Pamiętaliśmy, jak niewiele brakowało dwa lata wcześniej, gdy Maćka w trakcie wyprawy ukąsiła żararaka lancetowata, jeden z najbardziej jadowitych gatunków węży żyjących w Amazonii. Miał furę szczęścia, bo wąż nie wypuścił jadu – prawdopodobnie chciał go tylko odgonić lub zużył truciznę podczas wcześniejszego polowania.

Kolejne wystające skały przegradzały nam drogę. Kamienny labirynt układał się w fantastyczne kształty i straszył ciemnymi wnękami, na dnie których leżało sporo piasku. Z ciemności płynęła niema groźba, która nakazywała iść szybciej. Czy to nie idealne miejsce dla jaguara, chcącego odpocząć sobie od spiekoty dnia? Na tej wyprawie widzieliśmy już jednego, a drugiego słyszeliśmy. Przyszedł w nocy, widocznie zawiesiliśmy hamaki nad jednym z jego legowisk. Zbliżył się na dziesięć metrów i ryczał przez godzinę, próbując nas odgonić. Uciekł dopiero, kiedy Shane i Michał zaczęli walić łyżkami w garnek i blaszane kubki; huk był taki, jakby ktoś strzelał z kałasznikowa.

Po godzinie doszliśmy do podstawy ściany. Żadnych malowideł.

Chiribiquete – największy obszar chroniony Amazonii, ostoja jaguarów, wydr olbrzymich, tapirów, amazońskich delfinów fot. Michał Dzikowski

Szamani, ayahuaska i jaguar

– W lewo czy w prawo? – spytałem.

Chłopaki wzruszyli ramionami. – Rozdzielmy się – zaproponował Michał.

Nie chciałem. Las deszczowy wzbudzał we mnie niepokój. Nie miało to wielkiego sensu, ale wydawało mi się, że kiedy idziemy wszyscy, jesteśmy bezpieczniejsi.

– Chodźmy w lewo, jeszcze kawałeczek – poprosiłem.

Po kilkudziesięciu metrach Shane krzyknął: – Są!

Przedarliśmy się przez gęste krzaki do miejsca, z którego dochodził głos Irlandczyka. Wspięliśmy się na platformę uformowaną przez kilka dużych kamieni i spojrzeliśmy na przebarwienie na ścianie. Niewielki czerwony kwadrat z kilkoma wypustkami nie przypominał niczego konkretnego. Obok skała była wilgotna i oblepiona mchem. Popatrzyliśmy po sobie niepewnie.

– To może ja pójdę trochę w lewo i krzyknę, jeśli coś zobaczę? – zaproponowałem zrezygnowany.

Zapomniana ścieżka FARC-u. W drodze nad Ajaju fot. Michał Dzikowski

Przeskoczyłem nad zgniłym pniem i szybko odnalazłem wygodne przejście przypominające niewielką fosę. Być może w porze deszczowej płynie tędy woda, zastanawiałem się, próbując nie dopuścić do siebie myśli, że malowideł może tutaj nie być. Teren obniżał się przez kolejne kilkadziesiąt metrów, aż coś czerwonego mignęło w prześwicie gałęzi. Zszedłem do kamiennej niecki pod ścianę. U jej stóp w plątaninie gałęzi spał niewielki wąż.

– Są! – krzyknąłem.

Rysunków tym razem było kilkanaście. Przedstawiały dziwne postacie: jedne o wielkich brzuchach i małych głowach, drugie podłużne, podobne do syren. W rękach miały włócznie i łuki. Obok na skale odbite były ręce, nad nimi, jakieś trzy metry nad ziemią zobaczyliśmy pierwszy wizerunek jaguara. Dla ludów amazońskich jaguar był symbolem seksualnej energii wszechświata, obrońcą dżungli. Pochodził od słońca i reprezentował je na ziemi. Malowidła w Chiribiquete powstawały przez tysiące lat, kolejne pokolenia szamanów – podobno tylko oni mieli dostęp do świętych miejsc pod ścianami tepui – tworzyły zbiorowe dzieło. Wierzyli, że dzięki wywarom z halucynogennych roślin, ayahuaski i yoco, na chwilę zmieniają się w jaguara, a po śmierci transformują na stałe.

– To wciąż nie jest Sanktuarium Jaguara. Rysunków jest za mało – powiedział Maciek.

Zachód słońca nad Chiribiquete fot. Michał Dzikowski

Sanktuarium Jaguara

Wróciliśmy po śladach i tym razem skierowaliśmy się na wschód. Po chwili ściana odbiła nieco na północ, las łapczywie podążał za nią porastając coraz bardziej strome zbocze. Słońce było już wysoko, gdy skończyła się nam woda. Wokół nie było żadnych strumieni – żeby się napić, trzeba zejść 40 minut niżej do rzeki. Popatrzyłem w górę, biała ściana była coraz bliżej, dzieliło nas od niej może 50 metrów. I wtedy je zobaczyłem.

– Są! Znaleźliśmy!

Po kilku krokach malowidła znikły przesłonięte przez kilkumetrowe zwalisko wielkich kamieni. Zacząłem się po nim wspinać z walącym od emocji sercem. Jeszcze kilka chwytów, noga nad wysuszona gałęzią, cicha nadzieja, że tam, gdzie kładę rękę, nie ma gniazda pszczół, pająka ani węża. Michał podał mi rękę, potem ja podciągnąłem Maćka.

Staliśmy jak wmurowani próbując po raz pierwszy objąć wzrokiem setki, a może i ponad tysiąc piktogramów. Malowidła pokrywały fragment ściany szeroki na 40 metrów i wysoki na 15. Szamani musieli mieć rusztowania, wysoko nad naszymi głowami czerwieniły się dziesiątki jaguarów. Ale były też tapiry i żaby. Wojownicy i szamani. Oniryczne drzewo, z którego ludzka postać zbiera owoce, wielki nietoperz i kapibara. Wszystko pogrążone w trudnym do zrozumienia halucynogennym amoku. Szliśmy wzdłuż ściany, aż skalna ambona zamieniła się w urwisko.

– Patrzcie tu – Michał wskazał ostatni wielki kamień nad przepaścią.

– Przestroga dla nawalonego szamana – uśmiechnąłem się wpatrując się w osamotniony obrazek. Ludzik leciał głową w dół, rozpaczliwie machając rękami.

W pewnym miejscu rysunki pokrywały ścianę tak gęsto, że trudno było rozpoznać pojedyncze symbole. Niektóre malowidła przyciągały kunsztem ich twórców, inne wyglądały, jakby rysowały je małe dzieci. „Albo bardzo naćpani szamani” – uśmiechnąłem się do siebie.

Thomas van der Hammen, jeden z naukowców badających te tereny, po tym jak ujrzał malowidła, nazwał Chiribiquete „Kaplicą Sykstyńską Amazonii”. Rysunki są prawdopodobnie dziełem Indian Karijonas, którzy w przeszłości żyli na tych terenach. Władze parku utrzymują, że w jego obrębie wciąż mieszkają trzy nieskontaktowane plemiona, być może potomkowie tych, którzy pokrywali płaskie ściany malowidłami.

Sanktuarium Jaguara widziane z pokładu samolotu fot. Michał Dzikowski

Po godzinie zeszliśmy z uśmiechami ze skalnej ambony. Kilkadziesiąt minut później dotarliśmy do rzeki. Droga do Araracuary, pierwszej wioski na południe od gór Chiribiquete, zajęła nam kolejne dziesięć dni. W sumie w ciągu 21 dni wyprawy przepłynęliśmy 525 km trzema rzekami i przeszliśmy 35 km przez las deszczowy. Wracaliśmy wygłodniali, marząc o smażonych kurczakach, bigosie, szarlotkach i wołowych stekach. Sny o malowidłach wróciły do nas później.

Od lewej: Shane Young, Michał Dzikowski, Maciej Tarasin, Dominik Szczepański

Czekając na samolot do Polski, w Bogocie opowiadaliśmy spotkanym Kolumbijczykom o tym, co można zobaczyć w Chiribiquete.

– A co to Chiribiquete? – pytali na ogół.

Ciro Guerra, reżyser nominowanego do Oscara filmu „W objęciach węża” powiedział, że jednym z największych paradoksów Kolumbii jest fakt, że Amazonia zajmuje jej połowę, a mieszkańcy nie mają o niej pojęcia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *