fbpx

Czerwone: drogi, malowidła, oczy Omayry [#5]

Co tydzień będziemy publikować kilka zdań – opowiastek, drobnych przemyśleń o miejscach, do których trafiamy.


***

Niech będą pochwalone drogi na koniec świata! Ucinające się nagle, jakby ktoś postanowił, że dalej już się jechać nie powinno; usiane dziurami niezasługującymi na zakopanie; drogi, przemierzane stale przez tych samych ludzi, stających się ich jedynymi kronikarzami.

Ta konkretna jest czerwona i kiedy uchylić szybę, do środka wdziera się smród krowiego łajna. A także ziemisty, wilgotny zapach lasu deszczowego, którego szczątki widać gdzieś daleko. Kiedyś wszędzie tu była dżungla, dziś sawannę spokojnie przemierzają krowy z obwisłą, zaczepioną na przekrzywionym garbie skórą.

Krowy, wszędzie krowy

Jedziemy ostrożnie. Jesteśmy gośćmi, nie znamy drobiazgowej mapy kolein, obserwujemy więc tylko kolejne, mijające nas samochody, dla których dziury zdają się nie istnieć.

Było w tej drodze coś fascynującego, gdy znaleźliśmy ją pierwszy raz na mapie. Wzrok ślizgał się po żółtej kresce wijącej się po ekranie telefonu hen, na południe. I nagle, ciach!, ktoś odciął ją na wysokości miasteczka Calamar.

Tutaj zaczyna się dżungla i park narodowy Chiribiquete, największy obszar chroniony Amazonii.

Jest wielkości Belgii. Po lesie biegają jaguary i tapiry. W czarnych rzekach – woda tak naprawdę jest krystalicznie czysta, ale koryta wyżłobiła lawa – pływają wydry olbrzymie, różowe delfiny, nienazwane jeszcze ryby, którym przyglądają się stada kapibar. Na płaskich ścianach tepui, zaledwie 85 km w linii prostej na południe od Calamar, Indianie Karijonas 20 tys. lat temu zaczęli rysować niepokojące rzeczy.

To jedno jedno z najbardziej niedostępnych miejsc na świecie. O wyprawie, a raczej o trzech wyprawach do malowideł Chiribiquete, przeczytacie niebawem.

A teraz wróćmy na naszą drogę. Tu też są malowidła, podobne do tych z Chiribiquete. Nie mają wprawdzie 20 tys. lat, najwyżej 11. Nie są też dziełem mitycznych Karijonas, tylko innych plemion zamieszkujących okolice San Jose del Guaviare, skąd zaczyna się droga do Calamar. Żeby je zobaczyć, nie trzeba na trzy tygodnie znikać w dżungli. Wystarczy wsiąść do samochodu.

Zbawca w koszulce Manchesteru

A więc wsiadamy! Ale zanim ruszymy, noc spędzimy na sawannie. Los Llanos – podczas pory deszczowej potrafi zamienić się w mokradło, zniknąć metr pod wodą, ale teraz jest sucho. W nocy widzimy odległe wyładowania; to jedna z nigdy niekończących się burz przewala się gdzieś daleko nad Chiribiquete, nie słyszymy nawet grzmotów, ale rano namioty zaczynają płynąć.

Schowaliśmy się za górką porośniętą suchymi, karłowatymi drzewami, jakieś 20 metrów od piaszczystej drogi.

Namioty schną w słońcu, a do naszej kryjówki zbliża się motor. Kierowca założył koszulkę piłkarskiej reprezentacji Kolumbii, a do paska od spodni przyczepił radio. Nie uśmiecha się, Mówi – a w głosie czuć groźbę – że zaparkowaliśmy na prywatnym terenie. Rozglądamy się zdezorientowani. Krajobraz jak z marsa – po widnokrąg tylko kopczyki czerwonej ziemi poprzecinane skałami, płową trawą i nieśmiało rosnącymi drzewkami.

Krajobraz po nocnej ulewie

– Zaraz zadzwonię po policję – przechodzi do rzeczy.

Patrzymy na gotującą się wodę, paczkę z makaronem i słoiczek z bazyliowym pesto.

– Pół godziny, senor, i nas nie ma.

Mężczyzna wyrzuca z siebie jeszcze ciąg słów, robi to z prędkością drapieżnego ptaka właśnie nurkującego nad sawanną, więc niewiele rozumiemy. W końcu odjeżdża. Tłumaczymy sobie, że może mieć rację. Jeszcze kilka lat temu ta sawanna musiała być świadkiem okropności, San Jose del Guaviare i okolice były idealnym schronieniem dla partyzantów z FARC-u. Im dalej na południe, tym więcej kontroli policji i armii. Niby podpisano pokój i większość partyzantów się rozbroiła, a teraz próbuje zacząć żyć bez karabinu i misji wyzwolenia społeczeństwa z kapitalistycznego ucisku, ale nie wszyscy rzucili broń.

Mija 10 minut, makaron już prawie gotowy, gdy podjeżdża kolejny motor. Rzucamy się do namiotów, żeby udowodnić zbliżającej się policji, że już prawie nas tu nie ma.

Tylko, że to nie policja. Na motorku przyjeżdża drugi mężczyzna, tym razem w koszulce Manchesteru City.

– Senor, przepraszamy, naprawdę już się zwijamy.
– Spokojnie – odpowiada mężczyzna i robi coś, czego ten pierwszy nie potrafił. Uśmiecha się. – Naprawdę, spokojnie, dlaczego się tak denerwujecie? Mam na imię Jose i zarządzam tymi ziemiami. Czy ktoś was niepokoił?

Opowiadamy o tamtym facecie w koszulce kadry, chwaląc jednocześnie niebieski trykot, który włożył Jose. Wprawdzie w City nie gra żaden Kolumbijczyk i bez petrofuntów płynących ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich kibice wciąż wspominaliby mecz z Górnikiem Zabrze z 1970 roku, ale to nieistotne, bo Jose mówi, żebyśmy sobie tutaj zostali, tak długo jak tylko chcemy.

Coca-cola zamiast ayahuaski

Żeby dostać się do malowideł w Chiribiquete, trzeba złamać prawo, po cichu znaleźć się na terenie parku narodowego, spędzić trzy tygodnie w packcrafcie, przejść kilkadziesiąt kilometrów przez dżunglę, często dziewiczą.

– Można też zapłacić 30 tysięcy dolarów władzom parku i wtedy prawo się zmienia, już go nie łamiecie, wtedy wystarczy wyłożyć jeszcze parę tysięcy na helikopter – mówi nam Kolumbijczyk, który niedawno po cichu zorganizował wyprawę do Chiribiquete.

Żeby zobaczyć malowidła obok San Jose del Guaviare, trzeba znaleźć trzy godziny. Po kilkudziesięciu minutach jazdy parkujemy w błocie nad strumyczkiem, przechodzimy przez kładkę. Kilkanaście osób siedzi na betonowym tarasie i pije piwo, mimo że jeszcze grubo przed południem. Kasują nas po kilka tysięcy pesos, czyli parę złotych i wskazują ścieżkę wiodącą między dwoma płotami. Wokół pasą się krowy i konie. Jeszcze 15 minut w górę przez resztki lasu i dochodzimy do skał.

Droga w kierunku malowideł

Setki malowideł, namalowanych ochrą, pelityczną zwietrzeliną koloru czerwonego, przesłania nam grupka Kolumbijczyków robiących sobie zdjęcia w każdej możliwe pozycji. Zdezorientowany staruszek pozuje do kolejnej fotografii i posyła nam wystraszone spojrzenie człowieka wciągniętego w niezrozumiałą hucpę.

Zdjęcie zrobione, 10-letni, na oko, chłopczyk zeskakuje ze skały, na której zamazuje się już malutki, coraz bardziej różowy jaguar, symbol seksualnej siły Wszechświata, najważniejsze zwierzę w amazońskiej kosmologii, wysłannik słońca. Szamani wierzyli, że pijąc psychodeliczne wywary – ayahuaskę i yoco – zamieniają się na moment w jaguara.

Malowidła w Nuevo Tolima

Chłopczyk popija coca-colę i wydziera się, chcąc zwrócić na siebie uwagę.

Niespełna dwa lata temu inne malowidła nieopodal San Jose del Guaviare prawie zniszczył pożar, gdy jeden z farmerów postanowił powiększyć teren pod hodowlę bydła.

Tam, gdzie wybuchł wulkan

Silnik dławi się, pchamy, z rury wydechowej wieje czarnym dymem. Minęliśmy znak z napisem „pomiary sejsmiczne”. Jesteśmy w bańce mleka na wysokości 4000 m n.p.m. Mgła gęstnieje, parkujemy obok szkieletu jakiegoś domku. Wieczorem podjeżdża starszy brat Deliki, Mitsubishi L-300. W środku Kolumbijczyk i Amerykanka. Otwierają biznes – mają pięć vanów przerobionych na kampery. Jeżdżą, testują, niedługo zaczną wypożyczać po 70 dolarów za dobę.

Nocleg pod wulkanami

Juan trochę się wspina w wyższych górach, jego partnerka też, ale woli skałki.

– Kilka lat temu udało mi się wejść na Nevado del Ruiz – wskazuje palcem w środek mgły. – Dziś to niemożliwe, bo wulkan znów jest aktywny – mówi.
Jego kaldera otwiera się 1325 metrów nad nami. Rano, gdy się przejaśni, dostrzeżemy resztki śniegu przy wierzchołku. 35 lat temu, do momentu wybuchu, było go o wiele więcej.

Można to było przewidzieć – w grudniu 1984 r. mieszkańcy wiosek i miast wokół wulkanu poczuli trzy wstrząsy. W styczniu 1985 r. geolodzy zauważyli, że utworzył się nowy krater. W marcu pojawiła się 150-metrowa kolumna dymu. We wrześniu miała miejsce niewielka erupcja. W październiku geolodzy przygotowali mapę, na której przedstawili teorię, że jeśli wulkan wybuchnie, zniszczy leżące u jego stóp miasto. Ale władze 29-tysięcznego Armero uznały, że geolodzy przesadzają.

13 listopada o godz. 15 miała miejsce kolejna niewielka erupcja. I znów – władze miasta zdecydowały, że ewakuacja jest niepotrzebna. Cztery godziny później wulkan wybuchł. Czapa śniegu i lodu wokół kaldery zaczęła topnieć. Jej szósta część zamieniła się w 43 miliony ton wody, które wymieszału się z popiołem, ziemią, kamieniami, drzewami i ruszyły w kierunku oddalonego o 47 km miasteczka.

Wieczorna burza sprawiła, że mieszkańcy Armero o niczym nie dowiedzieli się aż do godz. 23. Pół godziny później lahar – spływ popiołowy – uderzył w miasto.

Zginęło ponad 20 tysięcy mieszkańców Armero i 3 tysiące ludzi zamieszkujących 13 sąsiednich wiosek. Ci, którzy przeżyli uderzenie, czekali na akcję ratunkową, która nie mogła poradzić sobie w trudnym terenie. Ratownicy zapadali się w miękkim błocie, nurkowie nic nie widzieli w brudnej mazi.

Pierwsza fala przepłynęła przez nie z prędkością 8 m/s. Lawina błota i popiołu zalewała i niszczyła Armero przez kolejne dwie godziny, aż 85 proc. miasta zostało przykryte do wysokości 5 metrów.

Nie było większej tragedii wywołanej wybuchem wulkanu w ostatniej historii Ameryki Południowej. Ilustrował ją los Omayry Sanchez, 13-latki wypatrzonej przez ratowników w zalanych ruinach miasteczka. Udało się oczyścić większość drogi do dziewczynki zanurzonej w błocie. Trzymała się belki i kiedy próbowano ją wyciągnąć, okazało się, że nogi ma uwięzione pod resztkami dachu, a każdy ruch powoduje podnoszenie się mazi. Dziewczynka mogła się utopić. Nurkowie z przerażeniem odkryli, że problemem nie jest tylko dach, ale również ceglane drzwi i ramiona wujka Omayry, zaciśnięte w agonii na nogach dziewczynki.


Omayra Sanchez na słynnym zdjęciu Franka Fourniera. Źródło: wikipedia

Walka o jej życie trwała przez trzy dni. Ratownicy karmili i poili Omayrę, a ona, mając nadzieję na ratunek, udzielała wywiadów i pozowała do zdjęć. Miała w sobie nadzieję, śpiewała dziennikarzom, prosiła o słodycze. Trzeciego dnia zaczęła halucynować – mówiła, że nie chce się spóźnić do szkoły, wspominała o sprawdzianie z matematyki. Wtedy słynne zdjęcie, które wygrało World Press Photo of the Year, zrobił Francuz Frank Fournier. Widać na nim dziewczynkę o czerwonych oczach, opuchniętej twarzy i białych dłoniach, które oznaczają gangrenę. Jedynym, co mogło ją uratować, była amputacja uwięzionych nóg, ale zabrakło sprzętu. Omayra zmarła trzy godziny później. – To okropne, ale musimy żyć dalej. Będę żyła z synem, który stracił jedynie palec – powiedziała matka dziewczynki.

Zdjęcie stało się symbolem ułomności władzy. Nie tylko tej lokalnej, ale też rządu, który nie reagował na kolejne ostrzeżenia, skupiając się na walce z partyzantami coraz śmielej poczynającymi sobie wówczas w Bogocie. Zaledwie tydzień wcześniej 40 członków Ruchu 19 Kwietnia zaatakowało Pałac Sprawiedliwości – siedzibę Sądu Najwyższego. Wzięli zakładników. Zginęło prawie sto osób.

1 comment / Add your comment below

  1. Zacząłem sledzić Panów wyczyny niedawno.Pieknie.Dostałem namiar od mamy jednego z Panów z Krosna.
    Zazdroszczę i gratuluje pomysłu i odwagi!Brawo!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *