fbpx

Medellin. Ruchomymi schodami w dzielnicy biedy

To druga część reportażu z Medellin. Pierwszą przeczytasz tutaj >>

27 lat temu magazyn „Time” nazwał Medellin najniebezpieczniejszym miastem na świecie. Jego najgorszą dzielnicą była Comuna 13. Właśnie tam jedziemy.

Leży na wzgórzu – jak większość barrios w Medellin. W strategicznym miejscu, bo przez góry łatwo wynieść kokainę, która trafi później na północ. Przez te same wzgórza do miasta płynie broń z Karaibów i Ameryki Środkowej.

Gdyby 27 lat temu ktoś chciał namalować Comunę 13, użyłby przede wszystkim czerwieni i brązu. Czerwieni, bo budulcem dzielnic biedy jest cegła, układana niedbale, ale z fantazją, którą hamować mogą jedynie skromne środki mieszkańców. Brąz to brud, ale nie tylko ulicy. To również kolor wody, którą przez dekady pili sanjavierczycy – San Javier to oficjalna nazwa Comuny 13.

Pojawili się tu w latach 40. i byli uciekinierami ze wsi, które zamieniały się w cmentarze zapełniane ofiarami wojny między Partią Liberalną i Konserwatywną. W tym okresie (1930-1957) zwanym La Violencią, zginęło 300 tysięcy ludzi, a dwa miliony ruszyły w drogę. Uciekali ze wsi, żeby przeżyć. Ci, którzy dotarli do wzgórz nad Medellin, nie mogli sobie wyobrazić, że kolejne dekady będą równie krwawe. Co gorsza, jednego wroga zastąpiło kilku – policja, wojsko, gangi, mafie narkotykowe, partyzanci z różnych grup i paramilitares – również podzieleni na obozy.

Panorama Comuna 13

W 1993 r. zabito Pabla Escobara i miasto złapało głębszy oddech, a dwa lata później nawet najwięksi pesymiści się uśmiechnęli, bo w Medellin powstało metro. Dla wielu mieszkańców drugiego największego miasta w kraju otworzyła się droga do innego życia, bo w końcu mogli znaleźć pracę poza swoim podwórkiem.

Ale Comuna 13 zmieniała się na gorsze, bo władzę przejęli partyzanci. Dali mieszkańcom wodę i prąd, ale przynieśli też swoje prawo. Byli policjantami i sędziami. Bez ich zgody dzieci nie mogły grać w piłkę, a każdy, kto sprzeciwiał się regułom, nie musiał czekać na kulkę w ciemnym zakamarku – dostawał ją ku przestrodze innych w pełnym słońcu. Krążyły legendy o stosach głów odciętych piłami łańcuchowymi, które później wyrzucano w ślepych uliczkach. Na wypadek, gdyby ktoś zapomniał, kto tu rządzi.

Kolory, którymi można by namalować Comunę 13 nie zmieniłyby się również w 2002 r. Tyle że czerwień byłaby intensywniejsza i symbolizowała krew. Nigdy nie przelało się jej tu tyle, co 16 i 17 października tamtego pamiętnego roku, w którym policja, armia, ale przede wszystkim paramilitares przyjechali do San Javier z zakrytymi twarzami. Dowodził nimi Don Berna, kiedyś człowiek Escobara, później człowiek od czarnej roboty – wciąż przestępca, ale już dogadany z rządem. – Paramilitares wskazywali do kogo strzelać, skinieniem wydawali wyroki na tych, którzy, ich zdaniem, pomagali partyzantom – opowiada Juan, wioząc nas w kierunku Comuny 13. – Zginęło 400 niewinnych osób. Pochowano ich na zboczu góry w masowym grobie – dodaje, spoglądając na brązową plamę wcinającą się w zielone wzgórze i wspominając ofiary „Operacji Orion”.

Władze tłumaczyły, że bez pokazu siły nie zniknęłaby zorganizowana przestępczość. Niektórzy mieszkańcy Comuny 13 opowiadają inną wersję – dzięki „Operacji Orion” miasto zarobiło, bo znów mogło ściągać podatki z zapomnianego barrios.

Ale przez kolejne lata terror nie opuścił dzielnicy, partyzantów zastąpili kierowani przez Don Bernę paramilitares.

Seks, zęby i test na katolika

Pick-up Juana wspina się w stronę Comuny 13, a kierowca opowiada nam o złocie i psach. – Przez 300 lat region Antioqui był największym dostarczycielem złota dla Korony Hiszpańskiej. Prawie 500 lat temu Jerónimo Luis Tejelo wkroczył do doliny Aburra, w której leży dziś Medellin. Miał pod sobą zaledwie 32 żołnierzy, mimo to szybko pokonał Indian.
Juan tłumaczy, że nie chodziło tylko o przewagę technologiczną w postaci prochu czy zbroi. Nie chodziło nawet o konie. Tejelo miał coś, przed czym lud doliny Aburry nie mógł się ukryć.

– Włoskie psy szkolone w odnajdowaniu Indian. Dzięki temu Hiszpanie unikali zasadzek – mówi Juan. – Jeszcze tego nie wiedzieli, ale toczyli jedną z pierwszych wojen biologicznych. Dawali Indianom koce, na których były bakterie z Europy. Organizmy tubylców nie mogły sobie z nimi poradzić. Choroby zdziesiątkowały lud doliny Aburry.

A Hiszpanie zaczęli wydobywać tu złoto. Bogactwo do dziś nie opuściło Medellin, najbogatszego miasta Kolumbii, jednego z najbogatszych na całym kontynencie.
Tutaj odbywają się największe targi tekstylne Ameryki Łacińskiej, tutaj mieści się siedziba Bancolombia, największego w kraju, a osiem szpitali Medellin trafiło do setki najlepszych na kontynencie. Gdy prawie dekadę temu nazywało się Kolumbię biznesowym tygrysem kontynentu, Medellin było jego najostrzejszym kłem.

W 2006 r. Kolumbię odwiedziło milion turystów, w 2018 – 3,1 mln. Nie licząc uchodźców z Wenezueli, co piąty turysta w Kolumbii to obywatel Stanów Zjednoczonych. – Amerykanie przyjeżdżają tu nie tylko w interesach czy na wakacje. W Medellin są świetni i tani dentyści, chirurdzy plastyczni. Przyjeżdża się tu również po seks – opowiada Juan i dodaje, że wielu seksturystów zakochuje się i zostaje. – Kolumbijki szukają innej miłości niż ta, która czeka ich tu z miejscowymi macho.

Kolej linowa nad Medellin fot. Quinn Kampschroer z Pixabay

Wyjeżdżamy zza zakrętu i nad głowami mamy kolejny symbol, wart 45 milionów dolarów. To kolej linowa, wybudowana nie z myślą o turystach. Za drobną opłatę można wsiąść do kabiny w Comunie 13 i w kilkanaście minut znaleźć się w centrum miasta. Kolej powstała w 2008 r., później Medellin zapłaciło za dwie kolejne linie. Na tym plany się nie kończą, niedługo ruszą kolejne kolejki. A to tylko transport – w Comunie 13 wybudowano również biblioteki. Z komputerami.

Juan mówi, że Kolumbijczycy z Medellin są trochę inni, bardziej pomysłowi. – Być może dzięki Żydom? – zastanawia się głośno. – Przybyli tutaj po Hiszpanach, uciekając przed Świętą Inkwizycją. Zaczęli mieszać się z miejscową ludnością. Często musieli zmieniać nazwiska i udawać, że nie są Żydami. Testem było zjedzenie wieprzowiny, jeśli odmawiali, sami zamieniali się w barbecue, tylko bez żadnego sosu. Nazywamy ich tutaj Los Marranos.

Ruchome schody i amerykańskie miliardy

Robi się kolorowo. Na początku tylko na murach. Juan tłumaczy, że graffiti i murale pomogły Comunie 13, bo dzieciaki, zamiast wstępować do gangów, pakowały do pleckaów puszki z farbami i zaczynały wyrażać siebie, malując po murach. – Graffiti pozwoliło zmienić mentalność ćpunów. Odciągnęło młodych od wojny. Pokazało im, że mogą coś tworzyć. Graffiti jest tu legalne, to największa galeria w całej Kolumbii.

Streetart i grafitti, nieodłączny element krajobrazu Comuny 13

Mijamy podobiznę Martina Luthera Kinga, jeszcze jeden podjazd i wjeżdżamy na wąską uliczkę, z obu stron osłoniętą dziesiątkami czekających na turystów samochodów i busów. Juan uśmiecha się i przez chwilę sonduje nasze miny.

– Kiedyś nikt nie miał tu wstępu, a dziś to jedno z najbezpieczniejszych miejsc w Medellin. Idźcie, poczekam na was. Wyjeźdźcie sobie schodami.
– Jakimi schodami?

Po kilku minutach, przedzierając się przez gąszcz turystów, rzeczywiście docieramy do schodów. Ruchomych, zbudowanych w sercu Comuny 13 przed dziewięcioma laty. Sześć poziomów, a na każdym kolorowe domy, małe bary z drinkami, butiki, sklepy z ciuchami z logiem Comuny 13. Jest wszędzie. Krótka lekcja o tym, jak symbol kojarzący się z przemocą, zamienić w produkt popkultury. Są też kawiarnie, nic dziwnego, bo Medellin leży na skraju Zony Cafetery, regionu słynącego z plantacji kawy, z arabiki dojrzewającej trzy tysiące metrów nad poziomem morza. Chwilę zatrzymujemy się przy zdjęciu Billa Clintona – odwiedził Comunę 13 trzy lata temu, przyjechał do miasta na światowe forum producentów kawy.

Dziś Comunę 13 odwiedzają tysiące turystów dziennie

Wyjeżdżamy kolejnymi rzędami ruchomych schodów. Kilkaset metrów w górę i wszystko, co poniżej zaczyna nagle wyglądać sztucznie. Dookoła czerwono. Barrios ciągną się po horyzont. Pod nami niebiesko, fioletowo, żółto, zielono. Cały świat je lody z mango, nagrywa filmy, robi sobie zdjęcia. Ale już kilkadziesiąt metrów z dala od tej kolorowej enklawy, nic się nie wyróżnia. Domy z cegły stoją niedbale, w wielu brakuje szyb. Niewielki fragment Comuny 13 bawi się w najlepsze, a reszta żyje tak, jak wiele lat wcześniej. Mieszka tu 170 tysięcy ludzi, większość jest biedna. Żeby było lepiej, wielu szuka nielegalnych zajęć i trafia w wir walki o wpływy.

To nie tak, że po „Operacji Orion” Comuna 13 zamieniła się w spokojne miejsce. Do niedawna jej zachodnia część była areną walk dwóch wielkich sił. Bo teraz podobno będzie już spokojniej, najpotężniejsi spadkobiercy kartelu Pablo Escobara dogadali się. Chodzi o paramilitares z AGC (Autodefensas Gaitanistas de Colombia) i syndykat Oficina de Envigado. Podobno porozumieli się nawet z gangiem Pachenca z Santa Marty i klanem „del Oriente” z Magdaleny.

Nowe konsorcjum ma eksportować narkotyki i importować broń, czyli wszystko po staremu, tylko na większą skalę i bez wzajemnych animozji. AGC jest głównym graczem w przemycie kokainy do USA, a Oficina de Envigado pierze pieniądze jak nikt w Medellin – do śmierci Escobara była jego armią, później rządził nią Don Berna. Natomiast gang Pachenca odpowiada za większość przekrętów w porcie Santa Marta, leżącym nad Morzem Karaibskim. Kontroluje też kanały przerzutowe wiodące przez leżące na południe od Santa Marty góry. Kokaina ma płynąć do Kostaryki, Panamy, Bahamów i Meksyku, tam będzie przechowywana i po negocjacjach dotrze do USA i Kanady, a także do Europy – przede wszystkim do Hiszpanii, Włoch, Niemiec, Belgii, Holandii. Nie można zapomnieć też o Azji i przede wszystkim o Australii, gdzie jest rekordowo droga.

Zachodnia część Comuny 13, dotąd niespokojna, to tylko wierzchołek góry lodowej. W tej chwili w Medellin działa ok. 240 gangów. W sumie 5000 ludzi. Większość należy do Oficiny de Envigado.

Żeby zrozumieć, o jaką stawkę toczy się walka i dlaczego lepiej współpracować i podzielić się tortem, niż wytrącać sobie jego kawałki z ręki, trzeba spojrzeć na liczby. Z danych ONZ wynika, że co 25. człowiek na świecie próbował kokainy. 300 milionów ludzi wciągało biały proszek, a 70 proc. całej kokainy na Ziemi produkuje się w Kolumbii. Tutaj znajdują się najlepsze laboratoria w całej Ameryce Południowej, z których do światowego obiegu trafia co roku ok. 1,4 tys. ton narkotyku. To dane za rok 2018, na obliczenia z 2019 r. musimy poczekać.

Najwięcej kokainy używają Amerykanie:

Na 169 tysiącach hektarów hoduje się w Kolumbii krasnodrzew pospolity, czyli kokę. Gdyby to było jedno pole, miałoby powierzchnię trzy razy większą od Warszawy. Z produkcji żyje 130 tysięcy kolumbijskich rodzin. Za kilogram liści krasnodrzewu pospolitego dostają nieco ponad dolara. Żeby wyprodukować kilogram kokainy, trzeba użyć 125 kilogramów liści koki, które kosztują na rynku niespełna 140 dolarów. Ile płaci się za kilogram kokainy w Kolumbii? Według danych ONZ prawie 2300 dolarów. Chociaż w departamencie Guaviare, siedem godzin na południe od Bogoty, kilo można kupić już za 1000 dolarów. W USA za kilogram można zarobić 60 tys. dolarów. A w Australii 240 tys.

Władze Kolumbii chwalą się, że w 2018 r. zniszczyły uprawy, z których powstałoby 400 ton kokainy. Tyle że w tych danych nie widać jednej rzeczy – samolot spuszcza chemikalia, koka zostaje zniszczona, a później rolnik sadzi kolejną roślinę, bo nie ma wyjścia – ze względów ekonomicznych, ale też robi to w trosce o swoje bezpieczeństwo. Co by się stało, gdyby odmówił dostarczania zielonych listków?

Parę tygodni temu Stany Zjednoczone obiecały, że dadzą Kolumbii 5 miliardów dolarów na walkę z produkcją kokainy. Bo ta stale rośnie – w ciągu ostatnich sześciu lat trzykrotnie.

Candelaria nocą

Juan odwozi nas do hotelu, znajdującego się obok parku San Antonio. Prosi, żebyśmy wieczorem nigdzie nie wychodzili, bo po zmroku jest niebezpiecznie. Codziennie w Medellin 60 osób zostaje napadniętych, rocznie to 21 tys. kradzieży, a większość ma miejsce właśnie tu, w La Candelarii, historycznym centrum miasta. Bo też tędy ludzie z różnych części Medellin podróżują do pracy.

Candelaria Medellin w godzinach szczytu

Żegnamy się obiecując sobie dozgonną przyjaźń, przemykamy obok rzeźb Fernanda Botera, którymi wypełniony jest park. Jedna z nich przedstawia grubego – jak to u Botera – ptaka i jest potrzaskana, bo 25 lat temu partyzantka podłożyła tu bombę. Zginęły 23 osoby, sto zostało rannych. Botero odmówił usunięcia zniszczonej pracy, zamiast tego wyrzeźbił jeszcze większego ptaka i nazwał go „ptakiem pokoju”. Teraz oba ptaszyska stoją obok siebie.

Rzeźby Fernando Botero zdobiące ulice Candelarii Medellin

Nie dotrzymujemy słowa i wieczorem wychodzimy, bo umówiliśmy się z Larrym, właścicielem firmy produkującej pontony wyprawowe, Amerykaninem mieszkającym od niedawna w Medellin, gdzie kupił trzy mieszkania i teraz zajmuje się organizowaniem spływów, wyszukiwaniem rwących rzek, których w Kolumbii nie brakuje.

Siedzimy więc w jednym z barów La Candelarii. Muzyka rozsadza nam bębenki, ryk głośników potęgowany jest przez maszynę myjącą ulicę. I kiedy tak siedzimy, za plecami Larry’ego zbiera się grupka mężczyzn, do której od czasu do czasu podchodzą dziewczyny z głębokimi dekoltami. Słońce zaszło dobrych parę godzin temu, koło 18.

Szczęśliwie zamawiamy jeszcze po piwie, Larry snuje kolejne opowieści, przypomina sobie wzloty i upadki, poleca kolejne rzeki, którymi powinniśmy spłynąć, i kiedy kończymy posiadówkę, mężczyzn już nie ma. Oddychamy z ulgą. Być może tylko tak stali, może chcieli się przypatrzyć, bo wracając placem pełnych ludzi, nie spotykamy żadnych innych gringos. Wzdłuż wysokich krawężników piętrzą się stosy śmieci, w powietrzu czuć marihuanę i nawet widzimy palących ją chłopaków, którzy z jointami przechodzą spokojnie obok kompletnie tym faktem nie zainteresowanych policjantów.

Pod drzewami, na trawnikach, we wnękach budynków, a czasem po prostu na chodniku śpią bezdomni. Zarośnięte, czarne od brudu twarze czasami zwracają się w naszym kierunku, ukazując plamkę bieli, gdy mężczyźni – prawie zawsze są to mężczyźni – otwierają oko, rzadziej dwa. Nie zawsze wiemy, czy nas widzą, bo po wzroku, ale też po rozmowach, które toczą sami ze sobą, można stwierdzić, że nie są trzeźwi. Na narkotyki zbierają drobne, ale gdy się nie udaje, szukają innych dróg do zmienienia stanu świadomości. Świadczą o tym kościoły, odrapane z tynku, który najbiedniejsi mieszkańcy Medellin wciągają, gdy wszystko inne się kończy. Podobno tynk sprawia, że eksplodują im kanaliki w nosach, co na moment daje uczucie haju.

Larry idzie dziarsko, ale po zachodzie słońca coś się w nim zmieniło. Rozgląda się bacznie na boki. Odskakuje w ostatnim momencie, niewiele brakowało, a staranowała by go kobieta uciekająca przed drugą. Inna nadchodzi z przeciwka i uśmiecha się do nas, odsłaniając dwa rzędy zepsutych zębów.

– Witajcie! – krzyczy po angielsku, a my na ten uśmiech staramy się odpowiedzieć nieśmiałym „gracias”.

Na co ona śmieje się jeszcze głośniej. Pewna tego, że dowcip jej wyszedł, krzyczy:

– Witajcie w piekle!

Docieramy w końcu do miejsca, gdzie jeżdżą samochody. Już mamy iść w kierunku hotelu, kiedy Larry prosi, żebyśmy poczekali aż przyjedzie taksówka. – Inaczej te szalone dziwki mnie porwą – tłumaczy.

Taksówka w końcu przyjeżdża. Patrzymy chwilę na to, co dzieje się na La Candelarii i wsiadamy z Larrym.

1 comment / Add your comment below

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *