fbpx

Rower cenniejszy niż całe złoto El Dorado [#4]

Co tydzień będziemy publikować kilka zdań – opowiastek, drobnych przemyśleń o miejscach, do których trafiamy.



***

No, więc o co chodzi z tym płotem?

– Płotem? – Nilson nie może skojarzyć. Mówi, że nigdy tak tego nie odbierał.
Siedzimy w kawiarni w Zipaquirze. Na ścianach wiszą rowery, z głośników leci Queens of the Stone Age. Josh Homme śpiewa, że siedzi sobie nad oceanem i pije, żeby zapomnieć o dziewczynie.

Homme był dwudziestopięciolatkiem, kiedy wyprowadził się z farmy ojca. Późno – od paru lat był też już gwiazdą rocka – zdążył razem z Johnem Garcią i Brantem Bjorkiem założyć Kyuss i odejść z zespołu oraz zadebiutować z nowym składem, który osiągnął gigantyczny, komercyjny sukces. Pracował więc z ojcem do dwudziestkipiątki, bo nie chciał stracić kontaktu z rzeczywistością. Tak powiedział.

Dużo wcześniej rodzinny dom w Zipaquirze opuścił Egan Bernal – pierwszy kolarz z Ameryki Południowej, który wygrał Tour de France. Zwyciężył we Francji pół roku temu, a w ten poniedziałek skończył 23 lata. Od 1909 r. świat nie widział młodszego zwycięzcy Wielkiej Pętli.
– Dlaczego cała Kolumbia jest ogrodzona?
– Może to jakiś problem mentalny? – zastanawia się Nilson. – Coś z głową?
Mieszka w Zipaquirze razem z Sylwią. On studiuje sztukę, ona uczy dzieci angielskiego i polskiego. Oboje dojeżdżają autobusem kilka razy w tygodniu do Bogoty, czasem i po 2-3 godziny w jedną stronę.
– A może… – Nilson wpada na trop – Może chodzi o to, że gdyby nie było drutu, to ludzie myśleliby, że mogą sobie tam zamieszkać. Tak było u nas, w Zipaquirze.
Miasto leży 2650 metrów powyżej morza. Otaczają je wzgórza pełne domów. Nilson opowiada, że kiedyś na jednym z nich osiedliło się wielu ludzi szukających schronienia i policja nic z tym nie mogła zrobić. Zostali. Trudno nie skojarzyć tego z drogą wyjazdową z Bogoty na południe. Od północy dziewięciomilionowa stolica ograniczona jest wysokimi i stromymi wzgórzami, gdzie ciężko cokolwiek postawić. Inaczej w drugą stronę. Pagórki, owszem – jest ich wiele, ale są mniej strome, więc do każdego przyczepiają się tysiące domów, najczęściej z czerwonej cegły, pobudowanych bez ładu i składu. Tu drugie piętro, tam balkonik, tu dobudówka, prawie dach – w ten sposób podpisują się bezimienni architekci.

Niektóre barrios na południe od centrum Bogoty są kolorwe…
… jednak większości domów nie pomalowano. To proste budynki z czerwonej cegły


***

Wzgórza Zipaquiry widziały wiele: przez pół roku miasto było stolicą Kolumbii; to tutaj rezydował wicekról Hiszpanii, a potem skopano jego portret i ktoś musiał zawisnąć. To tu studiował noblista Gabriel Garcia Marquez, a Indianie Muisca wydobywali sól na długo przed pojawieniem się Hiszpanów. Sól w Zipaquirze powstała wtedy, co Andy – 250 mln lat temu. Dziś turyści przyjeżdżają tu głównie, by zobaczyć kaplicę zbudowaną 200 metrów pod ziemią, między solnymi korytarzami.

– A co robi teraz ojciec Bernala?
– Prowadzi sklep rowerowy.


Ojciec był kolarzem-amatorem. W weekendy zabierał ośmioletniego Egana na rower. Nie chciał jednak, by syn zbyt szybko zaczął się ścigać. Nie zapisał go na wyścig, gdzie za zwycięstwo można było wygrać strój kolarza i 18-miesięczne czesne w profesjonalnym klubie.


Bernala do wyścigu zgłosił za to kolega. Pożyczył mu kask, a Egan, oczywiście, wygrał.

O rowerach i Kolumbii można by długo pisać. Prawdopodobnie najdłuższy wywiad w historii kolarstwa ukazał się w 1955 r. w odcinkach w gazecie „El Espectador”. Przez 16 tygodni w kolejkach do kiosków stawało tysiące ludzi, żeby jeszcze lepiej poznać swojego ulubieńca – Ramona Hoyosa, biednego chłopca, który w latach 50. wygrywał wszystko, co było w Kolumbii do wygrania, i w kilka lat stał się bohaterem narodowym. Márquez – wówczas początkujący dziennikarz, „Sto lat samotności” miał napisać 12 lat później – pytał o pierwszy rower, grzeszki młodości, pamiętne zwycięstwa i umiłowanie do oszczędności mistrza.


***

Graffiti i rowerzyści – to w Bogocie widzi się na każdym kroku

W Bogocie święto rowerzystów odbywa się co niedzielę na Septimie. To serce stolicy: rządowe budynki, banki, najważniejsze instytucje, luksusowe sklepy. Ale też bezdomni, proszący o drobne, czasem po polsku, bez owijania w bawełnę. „Dzień dobry, do widzenia (po polsku), nie będę ukrywał, że potrzebuję paru groszy, żeby się naćpać (po angielsku). Na siedem godzin ulica z przyległościami jest zamknięta dla samochodów. Piesi, rowerzyści, rolkarze mają do dyspozycji ponad 100 km asfaltu. Podobne rozwiązania przyjęto w Portland, Mexico City, Rio de Janeiro, Auckland czy Brukseli, ale żadne z tych miast nie może równać się rozmachem z Bogotą. Kiedy świeci słońce, co ósmy mieszkaniec stolicy Kolumbii jest na Cyclovii. Milion rowerzystów przemyka między witrynami najdroższych marek, wieżowcami i kolonialnymi pałacami.

Bogota pokochała rowery dzięki architektowi Jaime Ortizowi Marińo, który drugą połowę lat 60. spędził w Ameryce – studiował w Ohio, a w Waszyngtonie protestował przeciwko wojnie w Wietnamie. – Kiedy wróciłem do domu, byłem zszokowany, że moje miasto podąża za amerykańską myślą urbanistyczną. Na jedną osobę jeden samochód! To jasne, że w takim miejscu nie da się żyć. Zostałem radykałem. Wiedziałem, co mam robić, bo trenowali mnie najlepsi radykałowie ze Stanów – opowiada.

Kiedy Jaime z kolegami wymyślają swoją rewolucję, może się wydawać, że wyważają otwarte drzwi. Od kilkunastu lat komunistyczna partyzantka FARC próbuje za pomocą kałasznikowów dać ludowi ziemię i prawo do samostanowienia. Wystarczy się przyłączyć do towarzyszy z górskich lasów. Ale rewolucja hipisów z Ohio ma być w kontrze do konfliktu, który – nim we wrześniu 2016 roku, po pół wieku walk, pacyfikacji i zamachów FARC zgodzi się na rozbrojenie – pochłonie życie 170 tysięcy cywilów, w tym 45 tys. dzieci. Bezkrwawa i ponad podziałami.

Jaime i koledzy obwieszają się światełkami i wyjeżdżają na ulice Bogoty. Otwierają sklepy i warsztaty, przemawiają na ulicach, odwiedzają szkoły, załatwiają zaproszenia na rządowe konferencje. Aż w końcu urzędnicy zgadzają się, by zamknąć 7. i 13. Ulicę.

15 grudnia 1974 roku przez Bogotę przejeżdża 5 tysięcy ludzi. – Nie tylko hipisi i anarchiści. Żony, dyrektorzy, urzędnicy, młodzi, starzy – wspomina Marińo.
– Rower połączył w sobie indywidualność, prawa człowieka, prawa kobiet, prostotę, nową urbanizację i świadomość ekologiczną. Stał się dla Kolumbijczyków symbolem pokojowej rewolucji. Biedacy mieszkają na południu miasta, klasa średnia w centrum, najbogatsza jest północ. Kiedyś raczej się nie spotykali, teraz ich drogi krzyżują się w niedzielę na Cyclovii – przekonuje rewolucjonista Marińo.

***

W Kolumbii jest ktoś jeszcze biedniejszy niż mieszkaniec barrios i żebrzący narkoman. To Wenezuelczyk. Kiedyś mieszkaniec najszybciej rozwijającego się – dzięki ropie naftowej – kraju na kontynencie, dziś uciekinier z piekła. W 2013 r. inflacja w Wenezueli sięgnęła 48 proc. Rok później – 56. W 2018 r. Wenezuela pobiła rekord – 40 000 proc. Codziennie ucieka z niej kilka tysięcy ludzi. Liczba imigrantów przekroczyła już 2 mln. Wszyscy sąsiedzi zamknęli przed nimi swoje granice. Oprócz Kolumbii, która z Wenezuelą połączona jest długą na ponad dwa tysiące kilometrów granicą i historią – dwieście lat temu razem z Panamą i Ekwadorem stanowiły jedną, Wielką Kolumbię.

– Pamiętam, jak kiedyś Wenezuelczycy nam pomagali, teraz my możemy zrobić coś dla nich – mówi Camilo, szczupły Kolumbijczyk z długimi, czarnymi włosami. Przeżuwa ruskiego pieroga, bo potkaliśmy się na pierwszym festiwalu polskich pierogów w Medellin. Camilo wychował się w Cucucie, mieście na granicy z Wenezuelą. Jego rodzice prowadzą noclegownię dla uciekających z kraju Wenezuelczyków. To pierwsze miejsce w Kolumbii, gdzie imigranci mogą się wymyć i przespać. – Rankiem ruszają dalej – opowiada Camilo. – Jadąc z Cucuty w głąb kraju, co kilkanaście, kilkadziesiąt kilometrów mija się kilkuosobowe rodziny niosące na plecach dzieci, torby, materace.

Im bliżej granicy, tym więcej plakatów z ofertami natychmiastowych przekazów pieniężnych do Wenezueli, a paliwo jest tańsze nawet o 2,5 zł za galon niż na południe od Bogoty.


***


Trawa na wzgórzach nad Madrytem była wyjątkowo sztywna. I miała jakiś dziwny, szarawy kolor. Kiedy powiało, mimo zadymki, wszystko stało się jasne. Stanęliśmy na nocleg tuż pod kopalnią. Wiatr niósł ze sobą piasek. Samochód i namioty szybko straciły kolor. Słońce zachodziło, a chmary komarów przepędzały nas do namiotów. Już mieliśmy uciekać, gdy zza zakrętu wyłoniła się postać w goglach. Mężczyzna był brudny od piasku i podczas krótkiej rozmowy ani na moment nie ściągnął osłony z oczu. Ostrzegł nas, że w nocy może być bardzo zimno, w końcu to Andy, nawet dwa-trzy stopnie, ledwo nad zerem. Całą rozmowę się śmiał.


Co go tak cieszyło? Trawka, którą w Bogocie czuć prawie wszędzie (5 gramów za 10 zł), gogle osłaniające od piasku, czy może fakt, że kilka miesięcy temu przyjechał z Caracas i teraz może wysyłać rodzinie pieniądze?

Chłodny poranek nad Madrytem


***

W Kolumbii jest ktoś smutniejszy niż Wenezuelczyk. To Argentyńczyk. Ten konkretny stracił wszystko. Jak co wieczór graliśmy w bilard w najgorszym i najtańszym hostelu w historycznym centrum Bogoty. Rzadko kiedy udaje się nam trafić na nowy stół. Każdy jest krzywy w inny sposób, dlatego pierwsze dwie, trzy partie, pomagają zrozumieć na nowo, o co chodzi w tej grze. Na ścianie hostelu Casa de Ari wisi zdjęcie blondynki trzymającej w ręce dusiciela. Wąż wije się przez szyję do pośladków. Z krzaków nad jej głową wystaje wielki łeb tygrysa – zupełnie jakbyśmy cofnęli się w czasie o tydzień i znów byli w Haciendzie Napoles, byłej rezydencji Pablo Escobara, dziś zamienionej w ogromne zoo. Można sobie kucnąć przy grubaśnej szybie i znaleźć się parę centymetrów od łba odpoczywającego w cieniu tygrysa.

Na drugiej ścianie właściciele koszernego hostelu w historycznym centrum Bogoty postanowili namalować postać z sześcioma ramionami. Bije z niej światło w kilku kolorach. Na trzeciej ścianie – uśmiechnięte muchomorki, na czwartej wyginają się półnagie dziewczyny. Jest jeszcze balkonik, na którym powiewa flaga Izraela. Jedyne miejsce w całym hostelu, gdzie nie ma kartki z napisem „Zakaz palenia substancji psychotropowych”. My mieszkamy w piwnicy, tuż obok kibla.
Kończymy aguilkę, przeciągając długą, nudną rozgrywkę. Wtedy wchodzi Argentyńczyk.

Bogotańska candellaria, a kilkadziesiąt metrów za flagą hostel Casa de Ari


– Cześć, czy mogę usiąść i popatrzeć? Dzięki, chłopaki. Co tutaj robię? Mieszkam osiem lat w Kolumbii, ale właśnie zaczynam od nowa. Jeszcze cztery miesiące temu miałem hostel w Santa Marcie, restaurację w Bogocie, żonę i córkę. Teraz nie mam nic.
– I na dodatek wylądowałeś w najgorszym hostelu w Bogocie.

– Nie widziałem nic gorszego na całym świecie, a sporo podróżuję! – wybuchnął szczerym śmiechem.

***

Nie zdążyliśmy przed nocą. Jest już ciemno, gdy objeżdżamy wąską, świeżo wyasfaltowaną drogą wokół jakiegoś jeziora. To prawie 2700 metrów nad poziomem morza. Odbijamy w lewo i wspinamy się szutrową serpentyną. Ostatnie promienie padają na schowane w niecce jezioro. Jeszcze raz w prawo i wyjeżdżamy na wypłaszczenie, tuż pod kamienny ołtarz i pięciometrową figurę Maryi Zawsze Dziewicy. Po godzinie rozpalamy pierwsze ognisko od przyjazdu do Kolumbii.

Nocleg nad jeziorem Guatavita

Jezioro w dole nazywa się Guatavita. To tutaj według legendy zipa – wódz Indian Muisca – ubrał się w złoto i skoczył do jeziora. Albo jakoś inaczej – legend było sporo. A jeszcze więcej poszukiwaczy El Dorado.

Jeden z nich, Niemiec Philipp von Hutten, w pierwszej połowie XVI w. w poszukiwaniu skarbu dotarł daleko na południe. Złota nie znalazł, ale spotkał plemię, rysujące na skałach.

Dziś malowidła naskalne są jedną z największych atrakcji San Jose del Guaviare. Co znajduje się na tych skałach, skąd na malowidłach wzięły się psy i dlaczego Chiribiquete – mimo że w Kolumbii nieznane – wciąż jest jedną z największych zagadek współczesnej eksploracji? O tym za chwilę, bo właśnie dojeżdżamy.

2 comments / Add your comment below

  1. Fajnie piszecie. Żec można, że coraz fajniej. To praca zbiorowa, czy indywidualna?
    Świat widziany Waszymi oczami nabiera trochę innego wymiaru. Powodzenia i żeby samochód wytrzymał.

    1. Dzięki, dzięki. Praca zbiorowa przy zbieraniu materiału, na razie jeden pisze, drugi w tym czasie montuje (mamy ograniczony dostęp do prądu i netu), choć w przyszłości nie wykluczamy urozmaiceń, a może nawet gościnnych występów. Wszystko na spontanie, zobaczymy jak wyjdzie. Pozdrawiamy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *