fbpx

Medellin. Jak Kolumbia wymazuje Escobara

To jest pierwsza z dwóch części reportażu o Medellin. Drugą przeczytasz tutaj.

– I wiecie, w Paryżu zobaczyłem Sekwanę i pomyślałem, że przecież można by nią spłynąć. Ale się wszyscy patrzyli! – Larry krzyczy o starym życiu, dawnej miłości, nudnej pracy. Wspomina czasy, zanim założył firmę produkującą wytrzymałe pontony wyprawowe. – Chciałem je tu sprzedawać, ale coś nie idzie. Kupiłem więc trzy mieszkania i robię, co lubię, wiecie, jeżdżę po Kolumbii, szukam ciekawych rzek, jak znajdę, to zbieram klientów i sobie pływamy.

Gładko zgolił siwiznę. Ma prawie siedemdziesiątkę. Nachyla się nad stołem, żebyśmy usłyszeli, że na początku mu nie szło, dokładał do interesu, który wymyślił w 40. urodziny. Napił się wtedy i pojął, że nie lubi swojego życia. Znaczy się, na początku było dobre, bo pływał sobie kajakiem po rzekach Ozark w Missouri, tylko potem się popsuło, kiedy mniej było przygód, a więcej papierków.

Jesteśmy w centrum Medellin, drugiego największego miasta Kolumbii. Sześć lat temu Urban Land Institute, organizacja non-profit z Waszyngtonu uznała je za najbardziej innowacyjne na świecie. Mieszka tu prawie 2,5 mln ludzi, a w całej aglomeracji 3,7 mln.

Candelaria w Medellin

Patrzę na głośnik. Zaraz rozsadzi membranę. Dwóch wąsaczy siedzących obok uśmiecha się szeroko. Jeden mówi, że wrócił do Medellin po kilkunastu latach na Bahamach, a potem prawie spada z krzesła, gdy Larry’emu wypada portfel. Tylko on jeden to zauważył i chciał zareagować natychmiast.

Robi się jeszcze głośniej, bo na bruk Candelarii wjeżdża ciężarówka z wielką pompą. Teraz już nawet nie słychać muzyki. Ludzie odskakują przed białą pianą zalewającą bruk. Niektórzy wchodzą do baru, w którym siedzimy, i akurat mają coś do sprzedania. W Kolumbii zawsze ktoś ma coś do sprzedania. Gumy do żucia, fajki, mrówki giganty na przyrost penisa, cienką kawę, worki na śmieci, mandarynki, limonki.

Jeden z ulicznych wózków w Medellin. Czego potrzeba?

– Wszystko po 100, 200 pesos, za grosze. Kolumbia to naprawdę kraj pracowitych ludzi, kto inny by za tyle pracował? – pyta Larry, nie widząc jeszcze zbliżającej się z tyłu dziewczyny z wielkim dekoltem. Na razie więc opowiada z dużą pewnością siebie. Nie widzi też ludzi, gromadzących się za jego plecami. Jeszcze nie słyszy krzyków.

***

– Na samym końcu, kiedy już nie wiedział, gdzie uciec, ukrywał się w tym domu – Juan pokazuje dwupiętrowy budynek za czarną bramą. Szyld: szkoła języka hiszpańskiego. Juan jest naszym przewodnikiem, zna Larry’ego, razem prawie trafili do niewoli, ale o tym później.

Był początek grudnia 1993 r., gdy przy najsłynniejszym baronie narkotykowym został tylko jeden ochroniarz – Álvaro de Jesús Agudelo. „El Limon”. Wyśledzono ich, bo Pablo rozmawiał z rodziną przez telefon dłużej niż zwykle. Policja najpierw zastrzeliła Limona. – Pablo uciekał tym dachem – Juan okrążył budynek i wskazał miejsce, gdzie Escobar dostał kulki w nogę i klatkę piersiową. I podobno też w ucho, chociaż jego bracia oświadczyli, że ten ostatni strzał należał do Pabla, bo latami powtarzał, że nie da się wziąć żywcem i w ostateczności strzeli sobie w głowę przez ucho.


Słynne zdjęcie zastrzelonego na dachu swojego mieszkania Pablo Escobara

Pod dachem, który mógłby być popularny jak pole bitwy pod Grunwaldem czy stadion Śląski, działa jakiś malutki warsztacik; ktoś wystawił krzesło ogrodowe i parasol. Żadnego śladu, że to tu, w Los Olivos, przeciętnym zakątku Medellin, wydarzyło się coś ważnego dla całego kraju, kontynentu, połówki świata.

Niektórzy wierzą, że Pablo żyje, a zwłoki na dachu to jego sobowtór. Ci sami mówią też, że Medellin rozwinęło się tak w ostatnich latach dzięki pieniądzom Escobara – ciekawe, bo miasto nigdy ekonomicznie nie podupadło, nawet gdy co chwilę wybuchały bomby. – To marzenia biednych, Pablo był ich sponsorem. Nie mylić z filantropem – dawał im pieniądze tylko dlatego, że potrzebował wsparcia, ludzi, którzy by go chronili. Mógł przestać, przejść na emeryturę – tłumaczy Juan, ale zaraz się poprawia i mówi, że nie mógł, bo to się nie zdarza. Nigdy nie słyszał o szczęśliwym baronie narkotykowym na emeryturze. – Te pieniądze są przeklęte i ich klątwa w końcu cię dopada. Więc zamiast odpoczywać na emeryturze – bankrutujesz, kończysz w więzieniu, ktoś cię zabija albo wariujesz. A Pablo był chory na przerost ambicji.

Juan skręca w stronę barrios, dzielnic biedy ciągnących się pod niebo. Jeśli tylko widoku nie zasłaniają wysokie budynki, widać je prawie z każdego zakątka miasta. W nocy rozświetlają się setkami tysięcy świateł, prawie łącząc się z gwiazdami wiszącymi nisko nad wzgórzami Medellin.

Wieczorna panorama barrios nad centrum Medellin

***

Mały Pablo widział to inaczej – urodził się na wzgórzach, jako syn rolnika i nauczycielki. Karierę miał krótką, ale błyskotliwą – zarobił 30 miliardów dolców (dziś wartych 59 miliardów) i zginął w wieku 44 lat. Od początku był obrotny – handlował komiksami i nagrobkami ukradzionymi z cmentarza. Pożyczał kasę na procent, za drobne pieniądze załatwiał prace na egzaminy. Potem przyszły lata 70. i na ulicach pojawiła się kokaina. Wynieś, Pablo, przynieś, pozamiataj, buchnij jakiś samochód. Przez ten czas wybudował setki szkół, osiedli dla biednych rodzin, boisk piłkarskich, kościołów i pogrzebał ok. 10 tys. osób, które zginęły w krwawej wojnie. Wielu sam torturował. Bili się wszyscy ze wszystkimi – kartele, w tym jego, wówczas najpotężniejszy, z Medellin, partyzanci różnych maści, paramilitares broniący bogactw latyfundystów, wojsko, policja.

Artur Domosławski pisał o Escobarze, że cieszył się popularnością większą niż guerilla, która powstała przecież po to, by bronić interesów najbiedniejszych. Gabriel Garcia Marquez zauważał, że nikt nie potrafił manipulować Kolumbijczykami tak jak Pablo, a jego najbardziej niepokojącą cechą była nieumiejętność znalezienia różnicy między dobrem a złem. Ci, którzy go znali, opowiadali, że to szło dalej – był człowiekiem bez emocji podchodzącym do najgorszych i najlepszych chwil. Zamiast pić i ćpać do upadłego, jak wielu drobnych przestępców, planował i budował swoją potęgę.
Został nawet parlamentarzystą, głosząc program pomocy dla najbiedniejszych mieszkańców Medellin. Ale, gdy w końcu cofnięto mu mandat, wojna zaczęła się na całego. Przemycał wtedy do USA 70-80 ton kokainy miesięcznie, a publicznie udawał świętoszka. Kiedy wyrzucili go z parlamentu, przesłał do gazety oświadczenie: „Kto podniesie na mnie rękę, tego zabiję. Zabiję mu też ojca, matkę i babkę. A jak babka nie żyje, to ją odkopię i zabiję jeszcze raz. Decydujcie, jak chcecie. Odpowiem każdemu w ciągu 45 minut”.Potem porywał dziennikarzy, zabijał kandydatów na prezydentów, unikał ekstradycji do Stanów Zjednoczonych, w końcu dał się zamknąć w wybudowanym na własne zlecenie więzieniu – w „La Catedral”, zwanym też „Escobar hotel”, miał basen, boisko do gry w piłkę, dyskotekę. I teleskop wymierzony w Medellin – a dokładnie w rezydencję, w której mieszkała jego rodzina. Z luksusowego więzienia wciąż rządził narkotykowym imperium. Gdy chcieli go przenieść do prawdziwego, rozwalił mur i zwiał w góry.
A potem przedostał się do Medellin. Musiał być już zmęczony ukrywaniem, bo wcześniej z rodziną rozmawiał nie dłużej niż przez dwie minuty, zawsze dzwoniąc z poruszającego się samochodu. 2 grudnia 1993 r. złamał tę zasadę, a budynek szybko otoczyło kilkuset policjantów.


***

– Czy zabicie Pabla coś zmieniło? I tak, i nie – mówi Juan. – Ośmiornica straciła głowę, ale macki zaczęły ze sobą walczyć – dodaje, krótko opisując późniejsze wojny karteli.

Kokainy w Kolumbii jest teraz mniej, ale dalej trafia na północ. – Na początku lat 70. był u nas boom na marihuanę, ale teraz w USA produkuje się lepszą trawkę niż tutaj. Dopóki Dolina Krzemowa i Wall Street jadą na fałszywej energii kokainy, znajdą się tysiące ludzi, chcących zająć miejsce Pabla. Schylą się po pieniądze, które wydają się łatwe, ale tak naprawdę sprowadzają na ludzi nieszczęścia – tłumaczy Juan.

Struś w Hacienda de Napoles

Kolumbia stara się wywabić plamę, sprawić, żeby pamięć o Escobarze umarła. Po śmierci Pabla rząd przejął wartą miliony dolarów Haciendę Nápoles, rezydencję barona narkotykowego jakiej świat nie widział. 3000 hektarów, sześć basenów, 27 sztucznych jezior, stacja benzynowa, małe lotnisko, arena do walk byków, chevrolet rocznik 1934, taki jaki mieli Bonne i Clyde. Słonie, hipopotamy, zebry, dzikie koty. Dinozaury i mamut ułożone z kości. A nad bramą wjazdową wisiał leciutki, jednosilnikowy Piper PA-18 Super Cub, którym Pablo po raz pierwszy przemycił kokainę do USA. Po śmierci Escobara hipopotamy uciekły, zamieszkały w okolicznych rzekach i terroryzowały okolicę. Ale większość zwierząt trzeba było oddać do ogrodów zoologicznych – część za granicę, bo Kolumbia nie była w stanie zaopiekować się wszystkimi.

Hacienda de Napoles. Na prawo hiphopotamy

Dziś zwierzęta wróciły do Haciendy, znów są tam hipopotamy, baseny wyglądają lepiej niż kiedyś. W miejscu zarośniętej chwastami posiadłości Escobara, zbudowano gigantyczny park rozrywki – trochę zoo, trochę aquapark. Codziennie przyciąga tysiące turystów. Można chodzić po nim godzinami i nie napotkać ani jednej informacji o Escobarze. Dopiero na samym końcu, na górce, stoi niewielki budynek. Muzeum pamięci, a raczej przestrogi. Są zdjęcia Pabla jeżdżącego na zebrze i częstującego strusia papierosami, a obok wiszą fotografie zniszczonych przez niego budynków, zamordowanych polityków, listy gończe, z których patrzy uśmiechnięty gangster. W ostatniej sali śmieje się ktoś inny – na zdjęciu widać zalanego krwią Escobara, z wywalonym spod koszulki brzuchem, a nad nim triumfujących policjantów. Przed wyjściem – element popkulturowy. Zdjęcia kilku z rzeszy aktorów, którzy zagrali Pabla – Javier Bardem („Kochając Pabla, nienawidząc Escobara”), Benicio del Toro („Escobar: Historia nieznana”), Cliff Curtis („Blow”). I oczywiście Wagner Moura – Pablo z „Narcos”, serialowego hitu od „Netflixa”.

– Jakiś czas temu jako przewodnika po mieście zatrudniła mnie Tata Escobar, wdowa po Pablu – opowiada Juan. – Powiedziała, że właśnie ich historia z „Narcos” jest najbliższa temu, jak było naprawdę.

***

Kiedy zabijali Pabla, Juana w Medellin nie było, chociaż podobno się kiedyś spotkali. Zanim Escobar zarobił pierwsze miliony, ale już miał trochę pieniędzy, lubił szybko jeździć sportowym samochodem. Podobno spotkał kiedyś na światłach Juana, a po wyścigu zaprosił go na piwo, na które jednak nie poszli.
Dziś Juan prowadzi knajpę. Ryby przylatują samolotem z Choco nad Pacyfikiem, gdzie kiedyś mieszkał. To wciąż mało znany zakątek Kolumbii. Nie da się tam dojechać, można dolecieć albo wiele godzin płynąć łodzią. Juan jest też przewodnikiem, najczęściej zabiera turystów na ryby w słabo znane rejony Kolumbii. Kiedyś razem z Larrym sprawdzali teren i trafili na indigenas – rdzennych mieszkańców tych ziem. Miejscowi chcieli kilku tysięcy dolarów okupu. – Zaryzykowaliśmy, nie zapłaciliśmy. Powiedziałem im wtedy, że jeśli wyjdziemy z tego cało, zostaniemy przyjaciółmi – mówi Juan. Dziś im pomaga – wysyła paczki z odzieżą. W zamian pozwalają mu zabierać klientów w miejsca, do których do tej pory nikt nie miał wstępu.

Indigenas to dziś ponad 4 proc. Kolumbijczyków. Prawie dwa miliony ludzi, 87 grup, 102 wioski. Niektóre grupy są duże jak Wayuu – ponad 380 tys. osób zamieszkujących departament La Guajiry na północnym-wschodzie; inne prawie przestali istnieć – jak Nukak, nazywani ostatnimi nomadami Amazonii, ok. 500 osób żyjących w okolicach San Jose de Guaviare – siedem godzin na południe od Bogoty.

Przez lata nikt się nimi nie interesował. Byli ostatnią częścią układanki wojennej. Jeśli nie żyli głęboko w lasach, byli na łasce wojska, partyzantów, paramilitares. Czasem dostawali od nich lekarstwa, czasem doznawali terroru. – Rząd wciąż nie ma zasobów ani zainteresowania, żeby im pomagać – opowiada Juan. – Wielu dalej żyje w głębokiej izolacji, nikt nie zajmuje się chorymi, nie ma szkół, transportu, śmieci. Staramy się pomagać, jak możemy.

Jednak Kolumbia zmienia się wolniej niż Medellin. Kto mógłby przypuszczać, że Comuna 13, jedna z najniebezpieczniejszych dzielnic świata, stanie się atrakcją turystyczną? Kolejka linowa i schody ruchome w dzielnicy biedy? – Zaraz sami się przekonacie – mówi Juan.

CDN…

Druga część reportażu z Medellin – „Ruchomymi schodami w dzielnicy biedy” >>


2 comments / Add your comment below

  1. Piszcie, piszcie jak najwiecej bo cholernie dobrze się to czyta, ktoś tam ma lekkie pióro 🙂 A na vloga czekam jak na ekranizacje. Pozdrawiam serdecznie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *