fbpx

Nigdy nie ufaj sąsiadowi Don Maria [#3]

Różowa koszula zapięta na ostatni guziczek, na stopach wysokie buty z czarnej skórki. Empanadas rozpuszczają się w dłoni, praktycznie nie trzeba podgrzewać, farsz jest ciepły, a on założył jeszcze ciemnogranatowe, opinające uda dżinsy. Kapelusz z szerokim rondem na moment się unosi. Szare wąsiska, ale broda i policzki zgrabnie zgolone. Na karku pewnie z pięćdziesiątka oraz szara chusta. Santanderczyk! Ale chyba nie czystej krwi – według Garcii Marqueza – bo nie ma przy sobie smitha&wessona (pamiętacie „Brudnego Harrego”?) kaliber 38.

A może już nie te czasy? Może nie musi oglądać się za siebie i płacić łapówki, żeby jego syn nie poszedł do wojska i przeżył wojnę z partyzantami?

Ludzie pochowali się pod platanami porastającymi park pośrodku niewielkiego miasteczka. Gdzie my właściwie jesteśmy? Dojadamy pierogi, wsiadamy do samochodu, mijamy oazę zieleni, ostatnie spojrzenia kierując na niewielki pomnik pośrodku.

To pomnik Galana. Tak samo nazywa się miasteczko.

Galan, Galan… A, to ten co startował na prezydenta. Luis Carlos. Wypowiedział wojnę kartelom, chciał ekstradycji Pablo Escobara, zastrzelono go w osiemdziesiątym dziewiątym podczas wiecu w Soachy pod Bogotą. Prowadził w sondażach, miał 60 proc. poparcia.

O Soachy Kolumbia usłyszała po raz drugi trzy miesiące później, kiedy nad miastem eksplodował samolot – lot 203 narodowych linii Avianca z Bogoty do Cali. Na pokładzie miał być inny kandydat na prezydenta, Cesar Gaviria. Zginęło 107 pasażerów i trzy osoby na ziemi, zabite przez odłamki maszyny, które spadły z wysokości czterech kilometrów. Bombę na pokład miało wnieść dwóch zamachowców zatrudnionych przez kartel z Medellin. Jeden w ostatniej chwili przed wylotem wstał i wyszedł. W 2016 r. gazeta El Espectador opublikowała raport, z którego wynika, że eksplozja była wynikiem usterki pompy paliwa. Linie lotnicze i rodziny zabitych poczuły się dotknięte.

Tylko czemu ten Galan ma na sobie mundur z wysokim kołnierzem? Bo to nie ten Galan. To Jose Antonio, Comuneros, jeden z przywódców powstania z końcówki XVIII wieku. Wtedy 20 tysięcy chłopów nie chciało się zgodzić na podwyżki cen tytoniu i likieru, więc pomaszerowało na Bogotę. Korona Hiszpańska się przestraszyła, zgodziła na prawie wszystkie żądania, a potem obcięła Galanowi głowę i dłonie, nadziała na kije i pokazywała dla przykładu. „Dom Galana zrównano z ziemią, a ziemię, na której stał, posypano solą – tak jak to robili Rzymianie po rozgromieniu Kartageny” – pisał w „Gorączce Latynoamerykańskiej” Artur Domosławski.

Santanderczycy. Twardzi, nieugięci, uparci, zaprawieni w bojach!

***

– Don Mario, mechanik?
– Tak, to ja – powiedział wycierając pot z czoła. – Nie, żartuję, to ten obok.

Może to i lepiej? Ten po prawej wygląda jakoś bardziej poważnie. A przynajmniej wydaje się, że jest trzeźwy, do sukcesu więc nam bliżej, bo drugi dzień wszyscy tu chleją. Nawet piłkarze. Wieczorem kopali się po czołach na klepowisku, próbowali kantować podczas zmian – ściemniało się, kto policzy, ilu biega w jednej drużynie? – a potem wsiedli na motory, podjechali na ryneczek i zaczęli kilkugodzinne oczekiwanie na wieczorne koncerty. Przy piwkach, zresztą, najpopularniejsza Aguilla to sponsor pierwszej ligi.
Don Mario skończył swoją aguilkę, podniósł piłę motorową, poszedł po osłonę na ostrze, którą zostawił w koszu na śmieci. Ruszyliśmy przez ryneczek.

Znów ten upał. Mimo, że zjechaliśmy na dno Chichamochi, drugiego najgłębszego kanionu świata. Droga miała dwanaście kilometrów, ale prawie wszędzie była utwardzona. Barierek nikt nie stawia, bo i po co? Metr w złą stronę i lecisz kilkaset w dół. Barierka niewiele ci pomoże, a i tak ze zboczy lecą kamienie. Jedyna barierka, którą minęliśmy, była wgięta, jakby spadła na nią tłusta krowa. Ciężarówki z zaopatrzeniem i autobusy zwożące ludzi na coroczne święto Cepity szaleją na zakrętach. Na rynku postawili scenę, nad wszystkim patronuje aguardiente – podła, anyżowa wódeczka (24-29 proc). Przedstawiciele przywieźli swoje parasole i billboardy.

Droga wijąca się wzdłuż kanionu Chicamocha, prowadząca do miasteczka Cepita

– Co się stało? – pyta Don Mario.

– Tylna klapa. Chyba zamek się popsuł.

Podłubał pięć minut, poszedł po sąsiada i zajął się motorem, na którym przyjechała dziewczyna. Sąsiad całe ogrodniczki i czarne włosy miał w cemencie. Bardzo powoli ruszał głową, ręce mu się trzęsły. Mruczał coś pod nosem, majstrując przy zamku.

– Puta.

– Co się stało?

– Chyba zgubił sprężynkę.

Sprężynka, część mechanizmu, wpadła mu do ramy tylnych drzwi. Zaczął majstrować przy plastikowej osłonie, żeby dostać się do ramy. Pociągnął. Za mocno.

– Kurwa.

– Urwał?

Trach.

– Urwał. Pękło w dwóch miejscach.

Po kilku minutach znalazł sprężynkę. Założył.

– Niestety. Mechanizm nie pracuje – powiedział i sobie poszedł.

Popatrzyliśmy po sobie.

– Lina i wiążemy?

***


Dojechaliśmy do San Gil. Mechanik miał chyba z 60 lat, a gęgał, jakby nie przeszedł mutacji. W minutę był krok przed Don Mariem i jego sąsiadem. Po dwóch minutach oddał pracę młodszemu koledze i poszedł do dziewczyn, które przyjechały na motorze. Ten nasmarował zamek, wsadził śrubokręt, pomocował się jeszcze chwilkę. Założył, kazał zbić żółwika i obiecać.

– Tylko więcej nie trzaskajcie! Leciutko trzeba zamykać.

***

Góry, przełęcze, długie zjazdy, jeszcze dłuższe podjazdy. Noc na dnie Chicamochy, poranna kąpiel w zimnej wodzie Umpali. A potem jeszcze dłuższy zjazd – z Zapatoki. Po horyzont przełomy Sogamosy, w nosie smród ścierających się hamulców. A potem znów w górę!

Śmieci. Wertykalne. Setki worków na jedynym wypłaszczeniu ciągu serpentyn, kilkaset metrów nad ziemią. Byłoby cudne miejsce na nocleg, ale przeganiają nas stada much.

Jedziemy dalej.

Gdzieś pośrodku niczego, w poszukiwaniu zasięgu

***

Deszcz, mgła i wszędzie drut kolczasty. Dwa tysiące kilometrów za nami, a drut jest wszędzie. Czasami można przejechać kilkanaście kilometrów i nie zobaczyć żadnego zjazdu, żadnego domu, ale wszystko jest ogrodzone. Drogi w górach są poprowadzone na centymetry, nie ma gdzie stanąć na poboczu.

Nagle droga opada, dolina się otwiera. Widok jak z bajki – jezioro otoczone górami. Wybieramy zjazd na chybił trafił, kilka kilometrów asfaltem w stronę wody. Wokół pusto. Mijamy dwa domy, tabliczkę z zakazem campingu i palenia ognisk.

Droga nurkuje do jeziora. A raczej zbiornika – następnego dnia dowiemy się, że to rzeka Sogamoso ograniczona tamą.

Dosłownie nurkuje – po asfalcie podzielonym żółtą linią na dwa pasy schodzimy do ciepłej wody.

Kierunek: Medellin.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *