fbpx

Dziewczyna, wąż i mandarynka [#2]

Co tydzień będziemy publikować kilka zdań – opowiastek, drobnych przemyśleń o miejscach, do których trafiamy.

***

Przez godzinę się przypatrywał, próbując zrozumieć zasady odmiany bilarda, w którą niezdarnie graliśmy na jego stole. Po tym czasie podszedł do drewnianej półki i podniósł z niej białą kredę. Mógł mieć trzydziestkę. Dokładnie nasmarował ścięgna między palcem wskazującym a kciukiem, spod ściany zabrał kij i przesunął się wzdłuż stołu.

– Rozbijam! – krzyknął i się pochylił. Musiał wrzasnąć, bo olbrzymi głośnik serwował kolejne kolumbijskie szlagiery. O miłości – szczęśliwej i przeklętej, zdradzonych dziewczynach i lampucerach, które za nic miały męskie uczucia.

Skąd oni mają takie głośniki? Setki watów mocy, często nawet i po dwa w malutkich sklepikach z ryżem, piwem i orzeszkami. Im większa dziura, tym głośniej. Od rana do nocy i dalej, prawie do świtu, bez litości dla sąsiadów.

Nie wiedziałem, na co mam patrzeć – na jego wielki brzuch, który sprawiał, że nie mógł dobrze oprzeć się na stole, czy na pomarańczową świnię narysowaną na ścianie klubu bilardowego „Chelsea”. Kilka dni wcześniej – jeszcze nad Morzem Karaibskim, w Palomino – nad stołem wisiał wielki, krowi łeb, a dookoła z tapet patrzyły aktorki porno i legendarni śpiewacy.

Bach! Jedna, druga, trzecia, czwarta. Wbił cztery bile z rzędu i spojrzał na nas z lekkim uśmieszkiem. A my po sobie – świadomi nadchodzącej klęski. Jedna była nadzieja – w ten rodzaj bilarda gra pierwszy raz, nie musiał jeszcze nigdy wbijać ostatniej bili do przeciwległej uzy.

W dwóch kolejnych turach wyczyścił stół, ale czarna ustawiła się pechowo. Musiałby odbić ją od dwóch band, by zbliżyć się do zwycięstwa. W jednym strzale prawie niemożliwe. Napiął mięśnie twarzy, spocił, bandzioch przelał mu się przez stół. Trach! Uderzył z wszystkich sił, całkiem beznadziejnie i wbił czarną do złej uzy.

Zaśmiał się głośno, podszedł, podał rękę i zapytał, gdzie jedziemy.

– Święta w Bucaramandze? Szczęściarze! Urodziłem się tam, to najpiękniejsze miasto w Kolumbii!

Wyszliśmy prosto w noc, uważając, by nie skończyć pod kołami olbrzymich ciężarówek pędzących przez Santa Rosalię, malutkie, niczym nie wyróżniające się miasteczko, leżące po zachodniej stronie gór Sierra Nevada de Santa Marta. To ledwo kilka ulic i kilkadziesiąt wielkich głośników.

***

Za rzeczką stoi knajpa Janette. Kucharki co godzinę biorą szlauch i zlewają piasek podrywający się pod kołami samochodów. Ruch duży, specjalność zakładu: gulasz z krewetek. Dalej od drogi rosną platany, a pomiędzy stoi szałas. Dwóch młodych chłopaków podwiesiło pod dachem hamaki. Myją tiry nawet w środku nocy. Wdrapują się kilka metrów nad ziemię z wiadrami zawieszonymi na barkach. Pół godzinki i po sprawie, należy się ok. 30 zł.

Stanęliśmy na noc obok knajpy w cieniu niewielkich mandarynek. Jak co wieczór wyciągnęliśmy krzesełka i cieszyliśmy się pierwszymi minutami po zachodzie słońca. W końcu trochę chłodniej!

Motor, którym przyjechały dwie prostytutki, był duży, ale one – monumentalne. Czerpiąc z porównań, których dostarcza ta część Kolumbii, wyglądały na nim jak titanoboa sunący na anakondzie.

***

Skamieniałości gigantycznego węża odkryto kilkanaście lat temu po drugiej stronie gór Sierra Nevada de Santa Marta, w kopalni odkrywkowej węgla w Cerrejón, blisko granicy z Wenezuelą. Żył 60 milionów lat temu, już po wyginięciu dinozaurów. Naukowcy nie mogli uwierzyć w jego rozmiary – oszacowali, że mógł być długi na prawie 15 metrów i ważyć ponad 11 ton. Jadł krokodyle i żółwie. Ta część kontynentu była wtedy cieplejsza nawet o 6 stopni. A i tak w ciągu dnia nie ma tu dziś czym oddychać! Żyjące obecnie w Ameryce Południowej anakondy dorastają do 5-6 metrów. Ważą do stu kilogramów.

***

Najpierw wymieniły chichoty z dwoma policjantami, którzy poderwali się znad misek gulaszu. Potem coś uzgodniły z kręcącym się po parkingu alfonsem. Mniejsza zsiadła, większa do nas podjechała.

Ciemno było pod mandarynką i niewiele dało się wyczytać z twarzy dziewczyny, ale musiała się cicho chichotać, bo resory motocykla podskakiwały. Potem coś wyszeptała, ale nie dało się jej zrozumieć.

– Przykro nam, ale nie mówimy po hiszpańsku – zgodnie przyznaliśmy.

Zaśmiała się rubasznie i odjechała. Chwilę później z puszką piwa w ręce dołączyła do koleżanki i chłopców myjących tiry.

Nadleciały komary i muszki – co wieczór toczymy z nimi otwartą wojnę. Raz wygrywamy (moralnie), by drapać się cały kolejny dzień, lecz na ogół przegrywamy i krótko po godz. 18 chowamy się gdzie popadnie – tzn. jeden do samochodu, drugi do hamaka, trzeci do namiotu. Tak śpimy od dwóch tygodni.

Już się mieliśmy kłaść, gdy większa z dziewczyn przybiegła spod szałasu. Zasapana, kończąc piwo, zaczęła coś żywo gestykulować. Zrozumieliśmy pojedyncze słowa, które ułożyły się w całość: namiot był za blisko zakrętu, skąd w nocy nadjeżdżały ciężarówki.
– Gracias! – krzyknęliśmy, ciesząc się z uratowanego życia.
– I niby nie mówicie po hiszpańsku! – prychnęła urażona i wyzywającym krokiem odeszła w swoją stronę.

***

Kiedy możemy, unikamy ludzi. Zjeżdżamy z głównych dróg w poszukiwaniu noclegów z dala od domostw. Uciekamy od gwaru miasteczek, setek wpatrzonych w nas oczu, spojrzeń, które nie zawsze wiemy, jak rozczytać. Nie zawsze się to udaje, zwłaszcza nieopodal Bucaramangi chatki budowane są wszędzie tam, gdzie górski grzbiet na moment się pochyla. Ale ta Kolumbia – kilka, kilkanaście kilometrów od ekspresówki – jest inna. Ludzie częściej się do nas uśmiechają, częstują zupą, przynoszą kosze pełne pomarańczy i pomelo. Pytają skąd jesteśmy, dokąd zmierzamy. Odpowiadamy, na ile starcza nam słów, a potem siadamy z nimi, patrzymy jak wieczorami tańczą, całują się, grają w bolo – coś jak kręgle, tylko kula jest mniejsza i gumowa, nie ma toru, trzeba rzucić od dołu i trafić w trzy patyki stojące pod ścianą dziesięć metrów dalej.

Bolo

Dziwi nas otwartość Kolumbijczyków mieszkających z dala od głównej drogi. Minęły zaledwie trzy lata od zakończenia trwającej ponad pół wieku wojny domowej, najdłuższego konfliktu w najnowszej historii kontynentu. Skończyły się czasy terroru, który zabrał ćwierć miliona ludzi. A kolejne 60 tys. znikło bez śladu. „Znikanie” – przerażające i formujące doświadczenie Ameryki Łacińskiej. Ilu ludzi porwano i torturowano? Komu można było zaufać, ile sekretów zdradzić?

Skąd w Kolumbijczykach taka otwartość?

Być może właśnie tak wygląda kraj po długiej wojnie. Kraj, który w końcu może pozwolić sobie na głębszy, spokojny oddech.

Przeczytaj pierwszy wpis >> Na początku był chaos <<

2 comments / Add your comment below

  1. Genialnie piszecie, oby tak dalej! Gdzieniegdzie może trzeba będzie uważać z dala od szosy, ale można wam tylko pozazdrościć takiego doświadczenia. Powodzenia na trasie!

  2. Dzięki za wpisy i zdjęcia. Trzymam kciuki i życzę wielu wrażeń. Uwielbiam Amerykę Południowa i mam nadzieje ze wy tez ja pokochacie – szczególnie ta lokalna (tubylcza). Pozdrawiam!!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *