fbpx

Na początku był chaos [#1]

Co tydzień będziemy publikować kilka zdań – opowiastek, drobnych przemyśleń o miejscach, do których trafiamy.

Jeden czarny, drugi rudy – oba z długą, migocącą sierścią. Prowadzone na krótkich smyczach przez młodych funkcjonariuszy; merdają ogonami wśród kolorowych butelek whisky, ginu i rumu. Nikt do nich nie podchodzi i nie głaszcze, a psy nie żebrzą o czułość. Z wolnocłówki człapią po zielonym dywanie, w plątaninę krzeseł i śpiących ludzi. I dzieci, które w pierwszym odruchu zrywają się z siedzeń, lecz po chwili, pod czujnym spojrzeniem mężczyzn trzymających smycze, siadają i próbują zrozumieć wyszeptane w ucho słowa matki. Tych piesków się nie głaszcze, te pieski pracują. Węszą pod Barranquillą, Medellin, Cartageną i innymi napisami, wyświetlającymi się na plazmowych ekranach.

Bardzo trudno pogłaskać tutaj psa. Rozjeżdżane przez samochody, kopane w tyłki przez motocyklistów, przeganiane kijem w przydrożnych knajpach. Wychudzone i przestraszone, pałętające się w ciszy po plażach, dopiero wieczorem zaczynają warczeć. Tak jak w Cano Dulce, malutkiej rybackiej wiosce, gdzie na naszych oczach otoczyły wracającego po zmroku mężczyznę i przez chwilę wydawało się, że go zagryzą.

Jesteśmy na lotnisku. Jest poniedziałek, za dwie godziny lecimy do Cartageny, gdzie w środę odbierzemy naszą starą Delicę i ruszymy – najpierw wzdłuż wybrzeża, a potem na południe. Każda podróż ma jakiś cel. Dla nas – na razie – jest nim droga i czas na niej spędzony. W tym przypadku nie sposób odgadnąć, co czeka na końcu.

W tle migocą złote klamry pasów, falują czarne falbanki, na muskularnych udach kobiet w pełnym rozkwicie mnie się srebrzysto-biały len. Im dojrzalsze, tym bardziej zadbane, jakby chciały zapamiętać tę chwilę, podkreślić ją przepychem bogato zdobionych pasów biodrowych, nim ciało się zmieni, uda zwiędną, a łamigłówkę pociętej spódnicy zastąpi coś skromniejszego. Ale na razie przypominają posągi. Gdy siadają, ze szpar między guzikami zbyt wąskich koszul wyglądają koronki staników i świecące się, nabalsamowane fałdki tłuszczu.


Dziwią nas papugi przylatujące tuż przed zmrokiem i powracające rano; wysokie taryfy sieci komórkowych; natarczywość mężczyzn biegnących za samochodami i proponujących noclegi; pierwsze trzepanie w kiepskiej dzielnicy Cartageny – policjanci nie chcieli zobaczyć nawet naszych dokumentów – szukali narkotyków, gdyby znaleźli, zażądali by łapówki; wielki Księżyc; rozmiar piwa (710 ml Corony); ceny autostrad (kilkanaście złotych za kilkadziesiąt kilometrów); zadbane ośrodki Świadków Jehowy; szałasy w otoczeniu wieżowców; sześciu dilerów w ciągu minuty, oficjalnie handlujących cygarami; 15-metrowy wulkan z gorącym błotem i wielka kolejka do niego, mimo że na zewnątrz jest grubo ponad 30 stopni.

I święta! Żywy Święty Mikołaj zamknięty w przezroczystej kuli w centrum handlowym, pluszowe renifery na placach, plastikowe choinki w czterdziestostopniowym upale.

Nie dziwi nas polityka. Gdy na chwilę łapiemy zasięg, czytamy nagłówki o trwających w Kolumbii protestach. Dzień przed naszym przylotem policja spacyfikowała protestujących na lotnisku. Porwano także kilku studentów – wrócili pobici. Jednego z nich, Carlosa Russiego, wypuszczono dopiero po kilku dniach. Szukali go dziennikarze wywierający presję na rządzie i policji.

Kolumbijczycy protestują przeciwko korupcji polityków. Wiceprezydent Marta Lucia Ramirez twierdzi, że za protestami stoi Rosja i „międzynarodowa sieć wsparcia”. Prezydent Ivan Duque wskazuje, że chodzi o Wenezuelę. A poprzedni prezydent Alvaro Uribe mówi o anarchistycznej międzynarodówce, której źródeł szuka w Brazylii. Jak wynika z sondaży, Kolumbijczycy tego nie kupują. Poparcie dla Duque spadło do 15 proc., a niezależni dziennikarze przypominają o powiązaniach prezydenta z kartelem z Medellin. Gdzieś na południu partyzanci zaatakowali moździerzami żołnierzy pilnujących negocjacji rdzennych mieszkańców Kolumbii z koncernem paliwowym.

Dla nas to na razie echo. Szukamy dzikich plaż, miejsca na hamak i namiot, czegoś do zjedzenia. Robimy zakłady, kiedy spotkamy pierwszego Węgra i nasłuchujemy odgłosów samochodu, który przez ostatni rok psuł się regularnie.

Chaotycznie? Tak właśnie jest.

3 comments / Add your comment below

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *